czwartek, 11 kwietnia 2013

Obiecuje sobie.

Że będę pisała regularnie.
Że oprócz matury i szkoły napiszę też o CZYMŚ innym. 

Że na bieżąco zapiszę sobie w pamięci (dzięki pisaniu tutaj) moje codzienne życie z tego pięknego okresu jakim (powinno być ;p ) w tej chwili moje życie. 


Obiecuje jednak sobie JUŻ TERAZ, że za 39 dni, po napisaniu OSTATNIEJ matury spełnię (dla samej siebie) wszystkie powyższe punkty :)
Jak na razie... Trudno jest mi po prostu pisać i myśleć o czymkolwiek innym. 
Już nawet nie chodzi o samo zjawisko -> matura=najważniejszy egzamin w życiu bo od niego będzie zależało całe Twoje życie.
Chodzi o to, że to 'całe życie' jest dla mnie zagadką.
W tej chwili, pomiędzy nauką WOSu (nadal mam MEGA zaległości) powtórką polskiego (+/- 35 lektur i drugie tyle poezji), robieniem matur z matematyki i tłmaczeniem sobie, że angielski to pikuś, zmagam się z myślami CO ZE SOBĄ ZROBIĆ. 

Pogubiłam się.
Sama już nie wiem. 
Serce mówi jedno, rozum drugie.
Chciałabym dużo, ale jakim kosztem? 
Chciałabym dla siebie, ale czy to będzie taki super jeśli przez moje decyzje moja własna rodzicielka nabawi się jeszcze większej ilości siwych włosów? 
Cała młodzież dookoła mnie jest zdania 'pierdol wszystko rób to co dla Ciebie jest ważne'. I ja się z tym zgadzam. Tylko jak przychodzi co do czego to nie jestem w stanie postawić kropki nad "i". Bo przecież nie mogę myśleć TYLKO o sobie. Mam najbliższych, którzy oprócz wymagań mają też wielkie nadzieje względem mojej osoby. I tu nie chodzi o spełnianie ich niespełnionych ambicji. Chodzi o to, że oni żyją troche dłużej ode mnie i o to, że mają więcej doświadczenia, więcej przeżyli i widzieli. Nie to, że mają zawsze racje. Tak na pewno nie jest. Ale moje serce (i mózg) nie pozwalają mi się wyłączyć na to co słyszę z ust rodziców. Zrobię wszystko po swojemu ale tak, żeby był wilk syty i owca cała. Drobnymi kroczkami do celu. 
Nie chcę iść na dzienne studia na drugi koniec polski i podniecać się tym, wiedząc równocześnie, że moi rodzice wypruwają sobie żyły, żebym ja mogła to robić. 
Dlatego chce iść do pracy w te wakacje. 
Żeby mieć chociaż na dojazdy, ubrania i cokolwiek.
Żeby nie musieć ciągnąć od rodziców.
I nawet jak pójdę na studia dzienne na drugi koniec polski.
Chcę pracować (cokolwiek, naprawdę) żeby ich nie obciążać za bardzo. Przecież to też są ludzie i mają swoje plany i marzenia. 

Chciałabym nie musieć się martwić o pieniądze, ale widocznie nie było mi to dane. 
Moi rodzice zarabiają tak a nie inaczej i mimo, że nie narzekamy to jest to związane po prostu z dobrym gospodarowaniem środkami. Dlatego, nie mogę przegiąć. 

Tylko zastanawiam się dlaczego we mnie to siedzi.
Moja siostra nie miała takich skrupułów.

A ja chciałabym spełnić swoje UKRYTE GŁĘBOKO marzenia.
Iść na jakiśartystyczny kierunek 'bez przyszłości'.
Fotografia na przykład. 
Tylko wiem, że nie mogłabym być w tym po prostu dobra. 
Musiałąbym być NAJLEPSZA i mieć pomysł na siebie.
Potrzebuje jeszcze roku, żeby nad sobą popracować.

Dlatego w tym roku 'normalne' studia. 
Na 'artystyczne" zaaplikuje za rok.
I za rok, i za rok. Jak się nie dostanę. 
Bo trzeba chocicaż próbować spełniać marzenia. 

Chaos. 
Chaos wszędzie w tej notce. 
Chyba sama nie wiem do końca o co mi chodziło :3

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz