Mam wrażenie, że to JUŻ, TERAZ jest ten moment.
Otworzyłam się na ludzi i nie potrzebuje ukrywać tego co czuje.
Może nie mówię im WSZYSTKIEGO i WPROST.
Ani nie mówię im tego w twarz, bo nadal wszystko dzieje się w Internecie... Ale podoba mi się to, że nie muszę ukrywać kim jestem, czego dokonałam, kogo spotkałam, co mnie tak naprawdę inspiruje.
Założyłam sobie Instagram, Twittera i Tumblr.
Niczego się nie wstydzę. Ponieważ każda z powyższych aplikacji służy w gruncie rzeczy czemuś innemu, mogę się dzielić ze światem wszystkim co mnie inspiruje, fascynuje, otacza.
I nie muszę się martwić tym, że ktoś mnie znajdzie i będzie wiedział, że JA TO JA.
Bo nie ukrywam się.
Odkryłam, że nie tylko słowa (i denne cytaty na obrazkach) mogą wyrazić to co czujesz.
Na pozór zwykłe zdjęcia, obrazki, gify mogą wyrazić te przysłowiowe więcej niż ysiąc słów :)
Więc wyrażam siebie i to co mi chodzi po głowie.
I REGET NOTHING.
Nie mogę wstydzić się tego jaka jestem.
Że fangirluje, że kocham, że się pasjonuje.
Wśród moich znajomych tylko hipsterzy wstawiają swoje zdjęcia na instagram, tylko hipsterzy mają blogi/tumblr czy twittery.
I nie mówi się o nich pochlebnie.
To co, że większość z całej reszty ludzi ma powyższe ale się ukrywa.
Po prostu tak już jest.
I może to co piszę jest lekko niezrozumiałe.
Wcale się nie dziwię.
Bardzo trudno jest przelać to co mnie w tej chwili wypełnia na papier.
I tak...
Może tego nie widać, ale powyższy post jest pożegnaniem się.
odkryłam, że blog NIE DO KOŃCA jest mi już potrzebny :)
Mam tyle innych możliwości.
Tutaj bez przerwy się dołowałam.
W moich nowych światach spotykam mnóstwo pozytywnych ludzi, którzy dzielą moje pasje.
Może to przez to, że prowadzę różne blogi od dobrych 7 lat i nikt mi jeszcze nigdy nie odpowiedział? Dostałam kilka reklamujących siebie komentarzy na onecie.
A tutaj cisza i pustka.
I nie chodzi o to, że nie odpowiada mi pisanie do samej siebie.
Przez tyle lat przecież mi to wystarczało :)
Chodzi o to, że odkryłam nowe, lepsze możliwości.
I nie. Nie kasuje tego bloga. Nie przenoszę go po raz kolejny.
Ja zostawiam go i poczekam. Być może jeszcze będę go potrzebowała, zatęsknię.
Na razie moje nowe światy inspirują mnie tak bardzo, że nie czuję potrzeby pisać tutaj :)
Nie to, że dorosłam. Nie to, że się zmieniłam.
Ja odkryłam jakąś nowszą częśc siebie i bardzo ją doceniam.
Nie mogę tkwić w jednym miejscu z przyzwyczajenia.
Od zawsze wiedziałam, że gdzieś tam we mnie siedzi poszukiwać.
Nie tylko fizycznie chciałabym być w setce innych miejsc i to na raz.
Mentalnie też coś we mnie siedzi.
I ciesze się, że W KOŃCU udało mi się to dostrzec.
Może to muzyka, może fotografia a może skończę z napisaną (do szuflady) książką?
Tego nie wiem, wiem, że zmiany są zawsze dobre.
Nawet jeśli ich skutki nie są najlepsze.
Zmiany to odzwierciedlenie tego, że żyjesz.
Czegokolwiek nie przyniosą musisz doceniać to, że w ogóle są.
Zrobiło się filozoficznie a wcale nie miało być :)
Cieszę się, że zaczynam nowy etap :)
Jak pisałam tu ostatnio... Czułam już przez skórę "że coś się dzieje".
I niech się dzieje dalej!
Nie mówię definitywnie "nie" :)
Wiem, że dobra passa zapewne niedługo się skończy (za dwa dni wyniki matur :c )
dlatego mówię sobie i temu blogowi -> do zobaczenia! :)
środa, 26 czerwca 2013
czwartek, 6 czerwca 2013
Rekord pobity ;)
Poszlam dzisiaj spać o 7:30 rano :)
Przesiedziałam całą noc przed komputerem :p
Trochę oglądałam Downton Abbey (polecam bo bardzo przyjemnie się ogląda :) ),
trochę nie robiłam nic konkretnego :p
Ale rekord pobity :)
Mój wcześniejszy to godzina 5:50, kiedy to "przestraszyłam się" wstających do pracy rodziców i postanowiłam oddać się w objęcia Morfeusza :p
Wstałam dzisiaj około 13 :p
Ale nie jest to znowu jakiś rekord :D
Potrafię spać dłużej i wstać później :)
Od tamtej pory nie zrobiłam nic konkretnego...
No może oprócz tego, że kupiłam już koszulki i farbki (na allegro), którymi je pomaluje :)
Koszulek będzie 5 i robię je specjalnie na koncert jednego z moich ukochanych wykonawców :)
A dlaczego pięć?
Bo tyle się nas zebrało osób :)
Jedziemy ZA GRANICE huehuehuehue więc to sukces :)
3 koleżanki, ja i moja siostra :)
więcej nie powiem bo moja anonimowościowa schiza znowu tu jest :)
Idę popracować :)
poproszono mnie o napisanie kilku wypracowań :p
za 100 pln :) kasa piechotą nie chodzi i sama do portfela nie wskakuje, więc czas zakasać rękawy!! :)
Przesiedziałam całą noc przed komputerem :p
Trochę oglądałam Downton Abbey (polecam bo bardzo przyjemnie się ogląda :) ),
trochę nie robiłam nic konkretnego :p
Ale rekord pobity :)
Mój wcześniejszy to godzina 5:50, kiedy to "przestraszyłam się" wstających do pracy rodziców i postanowiłam oddać się w objęcia Morfeusza :p
Wstałam dzisiaj około 13 :p
Ale nie jest to znowu jakiś rekord :D
Potrafię spać dłużej i wstać później :)
Od tamtej pory nie zrobiłam nic konkretnego...
No może oprócz tego, że kupiłam już koszulki i farbki (na allegro), którymi je pomaluje :)
Koszulek będzie 5 i robię je specjalnie na koncert jednego z moich ukochanych wykonawców :)
A dlaczego pięć?
Bo tyle się nas zebrało osób :)
Jedziemy ZA GRANICE huehuehuehue więc to sukces :)
3 koleżanki, ja i moja siostra :)
więcej nie powiem bo moja anonimowościowa schiza znowu tu jest :)
Idę popracować :)
poproszono mnie o napisanie kilku wypracowań :p
za 100 pln :) kasa piechotą nie chodzi i sama do portfela nie wskakuje, więc czas zakasać rękawy!! :)
środa, 5 czerwca 2013
Zaległości, zaległości, zaległości.
Obiecanki cacanki a głupiemu radość.
Jestem na siebie wściekła, że nic tu nie pisze.
Wiedziałam, że taka zmiana adresu i w ogóle wszystkiego wpłynie negatywnie na moje pisanie.
No wiedziałam.
Do tego najpierw kompletnie nie miałam głowy i czasu na pisanie (matura)
a potem zrobiło się jakoś tak fajnie (ogólnie mi w życiu), że wena odpłynęła.
Wiadomo jak to jest.
Jak się w życiu układa to nie ma na co narzekać, jak nie ma na co narzekać to pisanie idzie słabo :p (przynajmniej u mnie tak jest :) )
Ale od początku.
Dzielić to na posty czy nie?
Sama nie wiem.
Jak nie podziele to wyjdzie najdłuższy post w historii tego bloga, ale chyba tak będzie lepiej ;)
Matury:
Kiedyś już o nich wspominałam (hahaha w przybliżeniu jakiś milion razy :) ).
To były dwa najbardziej męczące tygodnie w moim życiu.
Jeśli chodzi o pisemne... Nie jestem w sumie zadowolona z żadnej.
Ja po prostu nie umiem pisać egzaminów.
Zamiast myśleć o tym co pisze to śpiewam sobie w mózgu różne piosenki :p
Ale jeśli mam już napisać, co poszło mi najlepiej a co najgorzej.
Najlepiej (o dziwo?) matematyka. Najsłabiej rozszerzony WOS.
Nie wiem jak procentowo mi poszło, bo (uwaga!) nie sprawdzałam odpowiedzi do żadnej z matur :p
Powstrzymałam się i nie żałuje.
Wolę się pozytywnie (miejmy nadzieję) zaskoczyć, niż rozczarować.
(niedoczekanie moje hahahah).
Mam tylko nadzieje, że zdałam. Niech się okaże tylko jak :p
Jeszcze mam dobre kilka tygodni "wolności".
Jeśli chodzi o ustne.
Angielski 28/30
Polski 17/20
Oba wyniki jedne z lepszych w klasie :D
Z polskiego tylko dwie osoby miały 18/20 (nikt nie miał 19 ani 20 :p )
Z angielskiego tylko dwie osoby miały 30/30
Nikt nie miał 29 i tylko jedna osoba oprócz mnie miała 28 :p
Więc jestem BARDZO ZADOWOLONA z siebie :)
Komisja od polskiego po mojej przemowie była rozchachana, uśmiechnięta, nawet ze mną zartowała :)
Ma się ten charakter :D
A co po maturach?
Pojechałam z koleżankami do Krakowa.
Wersja dla mamy była taka, że jedziemy pociągiem.
Jechałyśmy samochodem jednej z koleżanek.
Mama nigdy by się nie zgodziła (czemu kompletnie się nie dziwię).
Ale dojechałyśmy szczęśliwie, więc nie ma nad czym płakać :)
Cały wyjazd (łącznie ze spaniem i przejazdem) zamknęłam w 250 pln ;p
Pojechałyśmy w piątek wróciłyśmy w niedzielę :)
Spałyśmy w hostelu za 35pln/noc/osoba w tym śniadanie.
Całkiem nieźle hugh?
Ogólnie było spoko ;)
Tylko, że ja chyba mam wpisane w osobowość, że kumpluje się z... dziwnymi ludźmi, którzy nie do końca mnie akceptują.
Wiem. Nie jestem idealna i swoje za uszami mam.
Ale (przynajmniej mam taką nadzieję) umiem w odpowiednim momencie poluzować.
Nie będę się jakoś super rozpisywać, bo nie umiem chyba ująć tego w słowa.
Jedna sprawa wymaga jednak głębszej analizy :p
Oprócz tego, że chyba tylko ja wzięłam ten wyjazd za "low-cost".
One (oprócz mnie były 4 dziewczyny) chyba go tak nie postrzegały.
Ciągle chciały jeść w restauracjach i kupować np. piwo w najdroższych sklepach przy starówce. No helloł? Ale nie ważne ;) Oprócz tego, ja się przygotowałam (ubraniowo) na taki chilll. Wiadomo. Jeansy, bluza, żółta kurtka, converse.
Jak zobaczyłam je w sobotę rano w jakim ubraniu chcą iść na miasto to się przeżegnałam :p
Długie spódnice, eleganckie bluzki, sandałki, skórzane kurtki.
Nie powiem. Wyróżniały się z tłumu :p
Mi to w sumie nie przeszkadzało. Niech robią co chcą :p
Bardziej mi przeszkadzało to, że mnie zlewały totalnie i w pewnym momencie włączyłam sobie stoper w telefonie, żeby zobaczyć po jakim czasie któraś się do mnie odezwie.
Minęło dobre 15 minut :)
Dumna byłam tylko z siebie, że to nie ja zaczęłam rozmowę.
Jestem z tych gadatliwych. Wszędzie mnie pełno. Mam miliony historyjek na każdą okazję, nie mam oporów. To mnie zwykle przekreśla, ale <ok> ;)
Ale nadal nie przeszłam do tej sprawy o której chciałam pisać konkretnie :p
W piątek dojechałyśmy na miejsce ok 12.
Rozpakowałyśmy się, obiad, drzemka.
Padło hasło "idziemy do clubu".
Ja nie chciałam. Nie miałam ubrań, nie miałam nastroju, ba. Ja nawet nie wzięłam dobrze kosmetyków, żeby się pomalować :p
Jedna pożyczyła mi bluzkę (btw rozpinała mi się ciągle na piersiach :p ), kolejna mnie pomalowała... Summa sumarum wyszłam z pokoju wyglądając lepiej niż one :D
Bo to już tak jest...
Jak się nie malujesz na codzień i zakładasz "co popadnie" to jak szykowanie się gdzieś
zajmie Ci więcej niż 10 minut robi to ogromną różnice :)
Tak więc. Bywa :p
Przed wyjściem do tego klubu się jeszcze "rozgrzałyśmy" ;)
No i będąc w fajnym stanie jedna z nich wymyśliła ZAKŁAD (proszę zwrócić uwagę na jego formę, bo nie jest to dla mnie jakieś super przychylne)
"zakładam się z Tobą o 20pln, że nikogo nie wyrwiesz" (wyrwiesz=przeliżesz).
WTF?!
No ja bym nie podjęła zakładu?
Kolejne dwie dziewczyny dorzuciły do stawki łącznie 15pln.
Czyli jak wygram to mam 35pln na czysto.
Lol. Nie. To nie jest sprzedawanie się ;P
Zakład to zakład. Szczególnie jak się jest spłukanym.
Poszłyśmy więc szukać clubu.
To jest fajne w Krakowie, że nie płacisz za wejścia do clubu.
Ewentualnie 2pln za szatnie :)
Weszłyśmy do jakiegoś pierwszego, zapowiadało się, ok ale okazało się, że puszczają Spice Girls (hahah) i że same staruchy (no dla nas wszyscy +30 :3 )
Następnej lokalizacji szukałyśmy jakąś godzinę.
W Krakowie clubów pełno, ale jakoś nie mogłyśmy się zdecydować.
Kolmpletnie.
W końcu poszłyśmy do clubu z polecenia jakiś Krakowianek.
Nie powiem nazwy :p
W każdym razie na samym wstępie TŁUM ludzi, wejście za darmo, szatnia 2 pln.
Wszyscy młodzi, dużo obcokrajowców, super muzyka.
Zostałyśmy, a ja w pamięci cały czas miałam zakład.
Znowu zabrzmi to bardzo skromnie, ale umiem tańczyć :)
Na zasadzie... Ze wiem jak się bawić :) Nie stoje w miejscu i się nie kiwam na boki, tylko..no tańcze :D
Minęło może 20 min przypałętał się jakis polak.
Całkiem spoko wyglądał :) Ale nie bardzo był zdecydowany, czy raczej chce tańczyc ze mną czy ze swoim kolegą. Więc tańczyłam dalej (prawie, że ) w kółku z dziewczynami.
Do jednej z moich koleżanek przyczepił się jakiś chłopak. Nie wiem jak wyglądał, bo widziałam go (ciągle) tylko z tyłu :p
Przelizali się po jakichś 10 minutach tańczenia :)
A ja sobie znowu przypomniałam o zakładzie.
No więc czas było się za zakład zabrać :p
Spinałam się dobrą godzinę, aż prawie mi się przestało podobać w klubie :p
Po czym stwierdziłam, że to pierdole.
Nie muszę nikomu nic udowadniać :p
W tym momencie przywalił się do mnie jakiś murzyn (nic nie mam do ciemnoskórych ale ten był obrzydliwy). Nie mogłam się od niego uwolnić, zaczęłam "uciekać" od niego i napatoczył się jakiś mega wysoki chłopak. Złapałam go za ramiona, odwróciłam tyłem do murzyna i schowałam za wysokim. I pokazuje mu na migi, żeby stał tak jak stoi bo koleś za nim mnie wkurza. Krzyczę do niego coś po polsku, żeby tańczył i udawał, że mnie tu nie ma a ten do mnie "I do not understand you, I am from Australia". Przez to, że było tam tak strasznie głośno zrozumiałam tylko "I do not" i "Australia" :p
No ale jakoś tak się poukrywałam za nim chwilę, potańczyliśmy (jak to w clubach), podziękowałam mu, przybiłam "piątkę". I zaczęłam się oddalać w stronę dziewczyn, żeby dać im znać, że żyje :p
A on do mnie, że spoko, że właśnie musi iść po kolejne piwo.
No i ok, minęły ze dwie piosenki. A AAustralia (mial na imie inaczej ale był z Autralii, więc od teraz niech tak się nazywa :) ) pojawia się obok "naszego" kółka z piwem i sobie tańczy. Obok niego kolejny przystojny Australijczyk. No i tak sobie tańcza, tańczą, ja się nie spinam, ale wyczuwam okazje :D (Boże jak to pisze, to brzmi jakbym była jakaś nie wiem... masakrycznie to brzmi, ale serio na żywo i jak się przeżywa takie akcje to nie jest tak źle :p ). No i jakoś tak się zrobiło ciasno strasznie, "kółko" nam się rozpadło, zaczęłam znowu tanczyc z Australią, miał piwo, które sam pił a ja usychałam z braku wody w organiźmie :p Napiłam się od niego tego piwa. Po czymś, któraś dziewczyna z przerażeniem w oczach do mnie "Nie pij od niego piwa!!!!!!!!!!!!!". No serio? :D
Ale on też je pił :p
Nie ważne. Ja się nie przejęłam :p
No i jakoś takoś poszło, że one sobie same tańczyły, blondynka nadal była z tym chłopakiem z którym się przelizała na początku a Australia "od słowa do słowa" tańczył tylko ze mną. No i w sumie nie pamiętam jak do końca to wyszło, ale się przelizaliśmy. Od razu dostałam kuksańca w plecy, że dziewczyny zarejestrowały i wygrałam zakład.
No i poszłoooooooooo. Australia się nie odczepił, chodził tylko co jakiś czas po piwo dla siebie, wymienialiśmy kilka zdań co kilka piosenek (ale ja kompletnie nic nie słyszałam) ja dalej wygrywałam raz po raz zakład :p (If you know what I mean). Po jakimś czasie on coś do mnie mówi a ja kompletnie nie czaje co. Więc pokazałam mu na migi, żebyśmy wyszli na zewnątrz, bo ja nic nie słyszę. No i poszliśmy. Gadaliśmy na dworze ze 40 min :)
Bardzo PRZEMIŁY koleś :) strasznie nieśmiały :p Przystojny, z super akcentem :)
Okazało się, że jest strażakiem a teraz ma urlop i postanowili z kolegą zrobić sobie eurotrip. Powygrywałam jeszcze trochę zakład, pomęczyłam się z odpinającymi guzikami w bluzce. Warto dodać, że CHYBA nie lubię jak koleś ma brodę :p Kolejne dwa dni walczyłam ze zmasakrowanymi ustami :p No ale, wróciliśmy na salę. Dalej tańczylismy. Było ok 3 jak któraś dziewczyna złapała mnie za rękę i takim śmiertelnie poważnym głosem "słuchaj musimy iść". Ja się przestraszyłam, bo mówiła to tak jakby coś się stało. Pożegnałam się z Australią i wyszłam. Jak już wyszłyśmy to się okazało, że nic się nie stało, tylko już chciały iść.
No serio? :p
I żadna, oprócz tej która też kogoś "wyrwała", się do mnie nie odzywała.
No serio?
Jak ja nienawidzę takich sytuacji.
No nie moja wina, że one nikogo nie wyrwały.
Zazdrość po raz kolejny. Tylko nie wiem o co, bo same wymyśliły ten zakład.
To, że nie spodziewały się, że mogę wygrać to już nie moja wina ;)
Potem już do końca wyjazdu cały czas mi dogryzały o Australię o moje usta, o wszystko w sumie co z nim związane. Jakbym miała się w nim zakochać. Potem dowiedziałam się, że chciały wyjść bo bały się, że (cyt) "źle skończe".
No KURWA SERIO?!
Byłam już trzeźwa, wszystko ogarniałam, robiłam to CO CHCIAŁAM.
A jakbym nawet się z nim przespała to KURWA CO IM DO TEGO?!
Jeeeez. To moja sprawa, moja moralność i moje życie.
Inna sprawa, że kompletnie mi to nie przeszło nawet przez myśl :p
To, że był 3 chłopakiem w moim 19,5 letnim życiu z którym się całowałam, nic nie zmienia. Owszem. Spodobał mi się, ale cholercia no. Chodziło o "tu i teraz". A one jak zwykle pomyślały sobie "sama nie wiem co".
No i to tyle z Krakowa :)
Jak dla mnie najlepsze wspomnienia to Australia. Bo poniekąd udowoniłam sobie, że wcale nie jestem taka beznadziejna jak mi się wydaje. Mnóstwo dziewczyn się rzucało na Australię. W sumie to zwróciłam na niego uwagę już wcześniej, cały czas jakaś w okół niego się kręciła. Potem jak tanczyliśmy razem to też jakieś podbijały, ale dawał im do zrozumienia, że "jest tu ze mną". :) No nie powiem, było SUPER :)
A do tej piosenki tak zajebiście nam się tańczyło, że chyba już tylko z nim i z Krakowem będzie mi się ona kojarzyła :)
Ale to nie wszystko jeśli chodzi o Kraków :)
A co po Krakowie?
Po Krakowie śmiesznie ;)
W środę po wyjeździe moja siostra miała 24 urodziny.
Nie miałam kasy na prezent dla niej, więc powiedziałam jej, że wszystko posprzątam i pomogę jej z organizowaniem imprezy jesli mi odpuści :)
Powiedziała, że super bo ona nie miała czasu (ostatnie zajęcia na uczelni i tak dalej) i tak miała mi zamiar zapłacić za pomoc.
O imprezie w następnym akapicie, ale teraz.
W Krakowie spałyśmy na piętrowych łóżkach, ja niby na tym niżej, ale one i tak były jakieś 0,5m nad ziemią :p
Zeskakiwałam z niego i jakoś tak niefortunnie, że coś mi pyknęło w prawym śródstopiu.
Zbagatelizowałam to, mimo, że mnie pobolewało. Poszłyśmy dalej zwiedzać Kraków. Potem przygotowywałam tę imprezę, potem była impreza i jakoś tak okazało się, że noga boli mnie coraz bardziej. Coś mi w niej skrzypiało. I to tak cholernie. Mama zbagatelizowała, kazała smarować maścią. Siostra się śmiała. A mnie bolało coraz bardziej. Nawet chciałam jechać do szpitala. W końcu mama stwierdziła, że faktycznie coś jest nie tak (spuchło mi). Po konsultacjach z lekarzem okazało się, że mam zapalenie jakichś przyssawek mięśnia czy coś i że to całkiem poważne. Od czwartku do wczoraj miałam nogę w takim stabilizatorze (tata mi zrobił :p ) a wczoraj pojechałam jeszcze raz do lekarza i wsadził mi tę nogę w gips. Do niedzieli. Supcio :3 A w niedziele mam chrzciny na których jestem chrzestną. To już w ogóle super :p
btw ;)
kupiłam sobie taką sukienke:
(na mnie wygląda lepiej bo mam cycki :D )
IMPREZA MOJEJ SIOSTRY:
Było super :)
Trochę popłynęliśmy :p
Byli znajomi, którzy... UWAGA akceptują mnie taką jaka jestem :)
Czyli, że się da?!
I nie ma na to wpływu fakt, że ich (dwóch chłopaków) rodzice są najlepszymi przyjaciółmi moich :p
Po prostu pasujemy do siebie :p
Oni zwariowani i kompletnie nie przejmujący się sobą (na zasadzie że najlepsze żarty robią z samych siebie :p).
Zapełniliśmy 32GB pamięci w aparacie filmikami i zdjęciami :)
Było cudownie :p
Jeszcze tego samego dnia (w sensie ... tego dnia któy rozpoczął się po północy :p )
oni się zrewanżowali i byliśmy (ja, moja siostra i jej chłopak) na grillu u nich :)
Do tej pory boli mnie brzuch ze śmiechu :p
Na imprezie mojej siostry oczywiście były też inne osoby niż oni, ale to oni zdecydowanie "wygrali" tę imprezę :D
DODATEK SPECJALNY:
Po napisaniu tego akapitu to już chyba będzie wszystko co się działo odkąd (nie) pisałam ;)
Od znajomej rodziców dostałam kontakt do kolesia, który może mi załatwić bycie au pair w Szkocji w te wakacje ;)
Zadzwoniłam do niego, będąc pewną, że będę rozmawiała z polakiem :p
a tu ZONK.
Odbiera Pan i mówi do mnie "english please, I dont understan you" (nie wiem co ja mam z tym "I dont understand you" :D ).
Moja pierwsza rozmowa o pracę i to jeszcze po ingliszu :p
Ale przeżyłam ;)
Jeszcze Pan zapewnił mnie, że fajnie się ze mną gada bo znam dobrze angielski :D hahahahah ze 3 razy mi to powiedział :D
nie powiem, było mi SUPER miło :3
Jak tylko moja noga wydobrzeje to mam się z nim spotkać i się dogadamy :)
Mam nadzieję, ze to wypali bo nie mam żadnych innych perspektyw na pracę w te wakacje a chciałabym coś robić bo jak na razie to oglądam serial ze serialem i zaraz nic mi do oglądania nie zostanie :p
NO DOBRA TO NIE KONIEC :p
Jeszcze tylko króciuteńko o serialach, które obejrzałam do tej pory (w te wakacje of course :p )
Broadchurch -> POLECAM. no kurcze! polecam tak, że aż nie wiem jak to opisać :p o czym jest serial to można przeczytać sobie na filmwebie :p ja tylko powiem, że widoki+akcent aktorów+Tennant +opisana historia +zakończenie historii = TOTALNY mindfuck :)
The Killing -> polecam równie mocno :) Kilka dni temu zaczęli emitować kolejny sezon :) Super serial. Niby dwa sezony próbują odkryć zabójcę, ale akcja nie jest jakaś rozwlekła ;) Cały czas się coś dzieje, cały czas jest napięcie. Wszystko odwraca się co chwilę o 180* :) No i DUŻO polskich akcentów ;) któryś odcinek nawet nagrywała Agnieszka Holland :p
Downton Abbey -> Zaczynam 2 sezon. Nie jest to serial detektywistyczny :p (a takie preferuje :p ) a kostiumowy (a takich nie preferuje :p). Ale znowu. Akcent aktorów, widoki, to jak jest nagrany, humor :) Strasznie do mnie przemawia :) Bardzo przyjemnie się ogląda, chociaż ja widzę trochę "luk", które trudno mi wytłumaczyć... Ale RÓWNIEŻ poleca ;)
Jak mi się skończy Downton Abbey (już niedługo :p) to zabieram się za Heart of Dixie, albo Hannibala ;) Pierwsze podobno ogląda się tak dobrze jak New Girl a drugie... widziałam gdzieś gif z jednej sceny i mnie zaintrygował :p
TO CHYBA TYLE :) ten post i tak jest dużo dłuższy niż powinien :p
na koniec piosenka, która wygrywa wszystko ostatnimi dniami, jeśli chodzi o mnie ;)
Jestem na siebie wściekła, że nic tu nie pisze.
Wiedziałam, że taka zmiana adresu i w ogóle wszystkiego wpłynie negatywnie na moje pisanie.
No wiedziałam.
Do tego najpierw kompletnie nie miałam głowy i czasu na pisanie (matura)
a potem zrobiło się jakoś tak fajnie (ogólnie mi w życiu), że wena odpłynęła.
Wiadomo jak to jest.
Jak się w życiu układa to nie ma na co narzekać, jak nie ma na co narzekać to pisanie idzie słabo :p (przynajmniej u mnie tak jest :) )
Ale od początku.
Dzielić to na posty czy nie?
Sama nie wiem.
Jak nie podziele to wyjdzie najdłuższy post w historii tego bloga, ale chyba tak będzie lepiej ;)
Matury:
Kiedyś już o nich wspominałam (hahaha w przybliżeniu jakiś milion razy :) ).
To były dwa najbardziej męczące tygodnie w moim życiu.
Jeśli chodzi o pisemne... Nie jestem w sumie zadowolona z żadnej.
Ja po prostu nie umiem pisać egzaminów.
Zamiast myśleć o tym co pisze to śpiewam sobie w mózgu różne piosenki :p
Ale jeśli mam już napisać, co poszło mi najlepiej a co najgorzej.
Najlepiej (o dziwo?) matematyka. Najsłabiej rozszerzony WOS.
Nie wiem jak procentowo mi poszło, bo (uwaga!) nie sprawdzałam odpowiedzi do żadnej z matur :p
Powstrzymałam się i nie żałuje.
Wolę się pozytywnie (miejmy nadzieję) zaskoczyć, niż rozczarować.
(niedoczekanie moje hahahah).
Mam tylko nadzieje, że zdałam. Niech się okaże tylko jak :p
Jeszcze mam dobre kilka tygodni "wolności".
Jeśli chodzi o ustne.
Angielski 28/30
Polski 17/20
Oba wyniki jedne z lepszych w klasie :D
Z polskiego tylko dwie osoby miały 18/20 (nikt nie miał 19 ani 20 :p )
Z angielskiego tylko dwie osoby miały 30/30
Nikt nie miał 29 i tylko jedna osoba oprócz mnie miała 28 :p
Więc jestem BARDZO ZADOWOLONA z siebie :)
Komisja od polskiego po mojej przemowie była rozchachana, uśmiechnięta, nawet ze mną zartowała :)
Ma się ten charakter :D
A co po maturach?
Pojechałam z koleżankami do Krakowa.
Wersja dla mamy była taka, że jedziemy pociągiem.
Jechałyśmy samochodem jednej z koleżanek.
Mama nigdy by się nie zgodziła (czemu kompletnie się nie dziwię).
Ale dojechałyśmy szczęśliwie, więc nie ma nad czym płakać :)
Cały wyjazd (łącznie ze spaniem i przejazdem) zamknęłam w 250 pln ;p
Pojechałyśmy w piątek wróciłyśmy w niedzielę :)
Spałyśmy w hostelu za 35pln/noc/osoba w tym śniadanie.
Całkiem nieźle hugh?
Ogólnie było spoko ;)
Tylko, że ja chyba mam wpisane w osobowość, że kumpluje się z... dziwnymi ludźmi, którzy nie do końca mnie akceptują.
Wiem. Nie jestem idealna i swoje za uszami mam.
Ale (przynajmniej mam taką nadzieję) umiem w odpowiednim momencie poluzować.
Nie będę się jakoś super rozpisywać, bo nie umiem chyba ująć tego w słowa.
Jedna sprawa wymaga jednak głębszej analizy :p
Oprócz tego, że chyba tylko ja wzięłam ten wyjazd za "low-cost".
One (oprócz mnie były 4 dziewczyny) chyba go tak nie postrzegały.
Ciągle chciały jeść w restauracjach i kupować np. piwo w najdroższych sklepach przy starówce. No helloł? Ale nie ważne ;) Oprócz tego, ja się przygotowałam (ubraniowo) na taki chilll. Wiadomo. Jeansy, bluza, żółta kurtka, converse.
Jak zobaczyłam je w sobotę rano w jakim ubraniu chcą iść na miasto to się przeżegnałam :p
Długie spódnice, eleganckie bluzki, sandałki, skórzane kurtki.
Nie powiem. Wyróżniały się z tłumu :p
Mi to w sumie nie przeszkadzało. Niech robią co chcą :p
Bardziej mi przeszkadzało to, że mnie zlewały totalnie i w pewnym momencie włączyłam sobie stoper w telefonie, żeby zobaczyć po jakim czasie któraś się do mnie odezwie.
Minęło dobre 15 minut :)
Dumna byłam tylko z siebie, że to nie ja zaczęłam rozmowę.
Jestem z tych gadatliwych. Wszędzie mnie pełno. Mam miliony historyjek na każdą okazję, nie mam oporów. To mnie zwykle przekreśla, ale <ok> ;)
Ale nadal nie przeszłam do tej sprawy o której chciałam pisać konkretnie :p
W piątek dojechałyśmy na miejsce ok 12.
Rozpakowałyśmy się, obiad, drzemka.
Padło hasło "idziemy do clubu".
Ja nie chciałam. Nie miałam ubrań, nie miałam nastroju, ba. Ja nawet nie wzięłam dobrze kosmetyków, żeby się pomalować :p
Jedna pożyczyła mi bluzkę (btw rozpinała mi się ciągle na piersiach :p ), kolejna mnie pomalowała... Summa sumarum wyszłam z pokoju wyglądając lepiej niż one :D
Bo to już tak jest...
Jak się nie malujesz na codzień i zakładasz "co popadnie" to jak szykowanie się gdzieś
zajmie Ci więcej niż 10 minut robi to ogromną różnice :)
Tak więc. Bywa :p
Przed wyjściem do tego klubu się jeszcze "rozgrzałyśmy" ;)
No i będąc w fajnym stanie jedna z nich wymyśliła ZAKŁAD (proszę zwrócić uwagę na jego formę, bo nie jest to dla mnie jakieś super przychylne)
"zakładam się z Tobą o 20pln, że nikogo nie wyrwiesz" (wyrwiesz=przeliżesz).
WTF?!
No ja bym nie podjęła zakładu?
Kolejne dwie dziewczyny dorzuciły do stawki łącznie 15pln.
Czyli jak wygram to mam 35pln na czysto.
Lol. Nie. To nie jest sprzedawanie się ;P
Zakład to zakład. Szczególnie jak się jest spłukanym.
Poszłyśmy więc szukać clubu.
To jest fajne w Krakowie, że nie płacisz za wejścia do clubu.
Ewentualnie 2pln za szatnie :)
Weszłyśmy do jakiegoś pierwszego, zapowiadało się, ok ale okazało się, że puszczają Spice Girls (hahah) i że same staruchy (no dla nas wszyscy +30 :3 )
Następnej lokalizacji szukałyśmy jakąś godzinę.
W Krakowie clubów pełno, ale jakoś nie mogłyśmy się zdecydować.
Kolmpletnie.
W końcu poszłyśmy do clubu z polecenia jakiś Krakowianek.
Nie powiem nazwy :p
W każdym razie na samym wstępie TŁUM ludzi, wejście za darmo, szatnia 2 pln.
Wszyscy młodzi, dużo obcokrajowców, super muzyka.
Zostałyśmy, a ja w pamięci cały czas miałam zakład.
Znowu zabrzmi to bardzo skromnie, ale umiem tańczyć :)
Na zasadzie... Ze wiem jak się bawić :) Nie stoje w miejscu i się nie kiwam na boki, tylko..no tańcze :D
Minęło może 20 min przypałętał się jakis polak.
Całkiem spoko wyglądał :) Ale nie bardzo był zdecydowany, czy raczej chce tańczyc ze mną czy ze swoim kolegą. Więc tańczyłam dalej (prawie, że ) w kółku z dziewczynami.
Do jednej z moich koleżanek przyczepił się jakiś chłopak. Nie wiem jak wyglądał, bo widziałam go (ciągle) tylko z tyłu :p
Przelizali się po jakichś 10 minutach tańczenia :)
A ja sobie znowu przypomniałam o zakładzie.
No więc czas było się za zakład zabrać :p
Spinałam się dobrą godzinę, aż prawie mi się przestało podobać w klubie :p
Po czym stwierdziłam, że to pierdole.
Nie muszę nikomu nic udowadniać :p
W tym momencie przywalił się do mnie jakiś murzyn (nic nie mam do ciemnoskórych ale ten był obrzydliwy). Nie mogłam się od niego uwolnić, zaczęłam "uciekać" od niego i napatoczył się jakiś mega wysoki chłopak. Złapałam go za ramiona, odwróciłam tyłem do murzyna i schowałam za wysokim. I pokazuje mu na migi, żeby stał tak jak stoi bo koleś za nim mnie wkurza. Krzyczę do niego coś po polsku, żeby tańczył i udawał, że mnie tu nie ma a ten do mnie "I do not understand you, I am from Australia". Przez to, że było tam tak strasznie głośno zrozumiałam tylko "I do not" i "Australia" :p
No ale jakoś tak się poukrywałam za nim chwilę, potańczyliśmy (jak to w clubach), podziękowałam mu, przybiłam "piątkę". I zaczęłam się oddalać w stronę dziewczyn, żeby dać im znać, że żyje :p
A on do mnie, że spoko, że właśnie musi iść po kolejne piwo.
No i ok, minęły ze dwie piosenki. A AAustralia (mial na imie inaczej ale był z Autralii, więc od teraz niech tak się nazywa :) ) pojawia się obok "naszego" kółka z piwem i sobie tańczy. Obok niego kolejny przystojny Australijczyk. No i tak sobie tańcza, tańczą, ja się nie spinam, ale wyczuwam okazje :D (Boże jak to pisze, to brzmi jakbym była jakaś nie wiem... masakrycznie to brzmi, ale serio na żywo i jak się przeżywa takie akcje to nie jest tak źle :p ). No i jakoś tak się zrobiło ciasno strasznie, "kółko" nam się rozpadło, zaczęłam znowu tanczyc z Australią, miał piwo, które sam pił a ja usychałam z braku wody w organiźmie :p Napiłam się od niego tego piwa. Po czymś, któraś dziewczyna z przerażeniem w oczach do mnie "Nie pij od niego piwa!!!!!!!!!!!!!". No serio? :D
Ale on też je pił :p
Nie ważne. Ja się nie przejęłam :p
No i jakoś takoś poszło, że one sobie same tańczyły, blondynka nadal była z tym chłopakiem z którym się przelizała na początku a Australia "od słowa do słowa" tańczył tylko ze mną. No i w sumie nie pamiętam jak do końca to wyszło, ale się przelizaliśmy. Od razu dostałam kuksańca w plecy, że dziewczyny zarejestrowały i wygrałam zakład.
No i poszłoooooooooo. Australia się nie odczepił, chodził tylko co jakiś czas po piwo dla siebie, wymienialiśmy kilka zdań co kilka piosenek (ale ja kompletnie nic nie słyszałam) ja dalej wygrywałam raz po raz zakład :p (If you know what I mean). Po jakimś czasie on coś do mnie mówi a ja kompletnie nie czaje co. Więc pokazałam mu na migi, żebyśmy wyszli na zewnątrz, bo ja nic nie słyszę. No i poszliśmy. Gadaliśmy na dworze ze 40 min :)
Bardzo PRZEMIŁY koleś :) strasznie nieśmiały :p Przystojny, z super akcentem :)
Okazało się, że jest strażakiem a teraz ma urlop i postanowili z kolegą zrobić sobie eurotrip. Powygrywałam jeszcze trochę zakład, pomęczyłam się z odpinającymi guzikami w bluzce. Warto dodać, że CHYBA nie lubię jak koleś ma brodę :p Kolejne dwa dni walczyłam ze zmasakrowanymi ustami :p No ale, wróciliśmy na salę. Dalej tańczylismy. Było ok 3 jak któraś dziewczyna złapała mnie za rękę i takim śmiertelnie poważnym głosem "słuchaj musimy iść". Ja się przestraszyłam, bo mówiła to tak jakby coś się stało. Pożegnałam się z Australią i wyszłam. Jak już wyszłyśmy to się okazało, że nic się nie stało, tylko już chciały iść.
No serio? :p
I żadna, oprócz tej która też kogoś "wyrwała", się do mnie nie odzywała.
No serio?
Jak ja nienawidzę takich sytuacji.
No nie moja wina, że one nikogo nie wyrwały.
Zazdrość po raz kolejny. Tylko nie wiem o co, bo same wymyśliły ten zakład.
To, że nie spodziewały się, że mogę wygrać to już nie moja wina ;)
Potem już do końca wyjazdu cały czas mi dogryzały o Australię o moje usta, o wszystko w sumie co z nim związane. Jakbym miała się w nim zakochać. Potem dowiedziałam się, że chciały wyjść bo bały się, że (cyt) "źle skończe".
No KURWA SERIO?!
Byłam już trzeźwa, wszystko ogarniałam, robiłam to CO CHCIAŁAM.
A jakbym nawet się z nim przespała to KURWA CO IM DO TEGO?!
Jeeeez. To moja sprawa, moja moralność i moje życie.
Inna sprawa, że kompletnie mi to nie przeszło nawet przez myśl :p
To, że był 3 chłopakiem w moim 19,5 letnim życiu z którym się całowałam, nic nie zmienia. Owszem. Spodobał mi się, ale cholercia no. Chodziło o "tu i teraz". A one jak zwykle pomyślały sobie "sama nie wiem co".
No i to tyle z Krakowa :)
Jak dla mnie najlepsze wspomnienia to Australia. Bo poniekąd udowoniłam sobie, że wcale nie jestem taka beznadziejna jak mi się wydaje. Mnóstwo dziewczyn się rzucało na Australię. W sumie to zwróciłam na niego uwagę już wcześniej, cały czas jakaś w okół niego się kręciła. Potem jak tanczyliśmy razem to też jakieś podbijały, ale dawał im do zrozumienia, że "jest tu ze mną". :) No nie powiem, było SUPER :)
A do tej piosenki tak zajebiście nam się tańczyło, że chyba już tylko z nim i z Krakowem będzie mi się ona kojarzyła :)
Ale to nie wszystko jeśli chodzi o Kraków :)
A co po Krakowie?
Po Krakowie śmiesznie ;)
W środę po wyjeździe moja siostra miała 24 urodziny.
Nie miałam kasy na prezent dla niej, więc powiedziałam jej, że wszystko posprzątam i pomogę jej z organizowaniem imprezy jesli mi odpuści :)
Powiedziała, że super bo ona nie miała czasu (ostatnie zajęcia na uczelni i tak dalej) i tak miała mi zamiar zapłacić za pomoc.
O imprezie w następnym akapicie, ale teraz.
W Krakowie spałyśmy na piętrowych łóżkach, ja niby na tym niżej, ale one i tak były jakieś 0,5m nad ziemią :p
Zeskakiwałam z niego i jakoś tak niefortunnie, że coś mi pyknęło w prawym śródstopiu.
Zbagatelizowałam to, mimo, że mnie pobolewało. Poszłyśmy dalej zwiedzać Kraków. Potem przygotowywałam tę imprezę, potem była impreza i jakoś tak okazało się, że noga boli mnie coraz bardziej. Coś mi w niej skrzypiało. I to tak cholernie. Mama zbagatelizowała, kazała smarować maścią. Siostra się śmiała. A mnie bolało coraz bardziej. Nawet chciałam jechać do szpitala. W końcu mama stwierdziła, że faktycznie coś jest nie tak (spuchło mi). Po konsultacjach z lekarzem okazało się, że mam zapalenie jakichś przyssawek mięśnia czy coś i że to całkiem poważne. Od czwartku do wczoraj miałam nogę w takim stabilizatorze (tata mi zrobił :p ) a wczoraj pojechałam jeszcze raz do lekarza i wsadził mi tę nogę w gips. Do niedzieli. Supcio :3 A w niedziele mam chrzciny na których jestem chrzestną. To już w ogóle super :p
btw ;)
kupiłam sobie taką sukienke:
(na mnie wygląda lepiej bo mam cycki :D )
IMPREZA MOJEJ SIOSTRY:
Było super :)
Trochę popłynęliśmy :p
Byli znajomi, którzy... UWAGA akceptują mnie taką jaka jestem :)
Czyli, że się da?!
I nie ma na to wpływu fakt, że ich (dwóch chłopaków) rodzice są najlepszymi przyjaciółmi moich :p
Po prostu pasujemy do siebie :p
Oni zwariowani i kompletnie nie przejmujący się sobą (na zasadzie że najlepsze żarty robią z samych siebie :p).
Zapełniliśmy 32GB pamięci w aparacie filmikami i zdjęciami :)
Było cudownie :p
Jeszcze tego samego dnia (w sensie ... tego dnia któy rozpoczął się po północy :p )
oni się zrewanżowali i byliśmy (ja, moja siostra i jej chłopak) na grillu u nich :)
Do tej pory boli mnie brzuch ze śmiechu :p
Na imprezie mojej siostry oczywiście były też inne osoby niż oni, ale to oni zdecydowanie "wygrali" tę imprezę :D
DODATEK SPECJALNY:
Po napisaniu tego akapitu to już chyba będzie wszystko co się działo odkąd (nie) pisałam ;)
Od znajomej rodziców dostałam kontakt do kolesia, który może mi załatwić bycie au pair w Szkocji w te wakacje ;)
Zadzwoniłam do niego, będąc pewną, że będę rozmawiała z polakiem :p
a tu ZONK.
Odbiera Pan i mówi do mnie "english please, I dont understan you" (nie wiem co ja mam z tym "I dont understand you" :D ).
Moja pierwsza rozmowa o pracę i to jeszcze po ingliszu :p
Ale przeżyłam ;)
Jeszcze Pan zapewnił mnie, że fajnie się ze mną gada bo znam dobrze angielski :D hahahahah ze 3 razy mi to powiedział :D
nie powiem, było mi SUPER miło :3
Jak tylko moja noga wydobrzeje to mam się z nim spotkać i się dogadamy :)
Mam nadzieję, ze to wypali bo nie mam żadnych innych perspektyw na pracę w te wakacje a chciałabym coś robić bo jak na razie to oglądam serial ze serialem i zaraz nic mi do oglądania nie zostanie :p
NO DOBRA TO NIE KONIEC :p
Jeszcze tylko króciuteńko o serialach, które obejrzałam do tej pory (w te wakacje of course :p )
Broadchurch -> POLECAM. no kurcze! polecam tak, że aż nie wiem jak to opisać :p o czym jest serial to można przeczytać sobie na filmwebie :p ja tylko powiem, że widoki+akcent aktorów+Tennant +opisana historia +zakończenie historii = TOTALNY mindfuck :)
The Killing -> polecam równie mocno :) Kilka dni temu zaczęli emitować kolejny sezon :) Super serial. Niby dwa sezony próbują odkryć zabójcę, ale akcja nie jest jakaś rozwlekła ;) Cały czas się coś dzieje, cały czas jest napięcie. Wszystko odwraca się co chwilę o 180* :) No i DUŻO polskich akcentów ;) któryś odcinek nawet nagrywała Agnieszka Holland :p
Downton Abbey -> Zaczynam 2 sezon. Nie jest to serial detektywistyczny :p (a takie preferuje :p ) a kostiumowy (a takich nie preferuje :p). Ale znowu. Akcent aktorów, widoki, to jak jest nagrany, humor :) Strasznie do mnie przemawia :) Bardzo przyjemnie się ogląda, chociaż ja widzę trochę "luk", które trudno mi wytłumaczyć... Ale RÓWNIEŻ poleca ;)
Jak mi się skończy Downton Abbey (już niedługo :p) to zabieram się za Heart of Dixie, albo Hannibala ;) Pierwsze podobno ogląda się tak dobrze jak New Girl a drugie... widziałam gdzieś gif z jednej sceny i mnie zaintrygował :p
TO CHYBA TYLE :) ten post i tak jest dużo dłuższy niż powinien :p
na koniec piosenka, która wygrywa wszystko ostatnimi dniami, jeśli chodzi o mnie ;)
poniedziałek, 13 maja 2013
Niedługo wrócę z kraju umarłych
i zrelacjonuje co u mnie.
Na razie zmagam się z maturami, zmęczeniem i przegrzaniem mózgu.
Na szczęście został mi już tylko angielski ustny jutro i polski ustny w poniedziałek.
DAM RADE!
kto miałby dać jak nie ja?
i tylko obiecuje sobie, że jak już te pioruńskie matury się skończą to ten blog powstanie z martwych niczym feniks z popiołów :p
Na razie zmagam się z maturami, zmęczeniem i przegrzaniem mózgu.
Na szczęście został mi już tylko angielski ustny jutro i polski ustny w poniedziałek.
DAM RADE!
kto miałby dać jak nie ja?
i tylko obiecuje sobie, że jak już te pioruńskie matury się skończą to ten blog powstanie z martwych niczym feniks z popiołów :p
środa, 24 kwietnia 2013
Za dużo śpie.
Zostało tylko kilkanaście dni do matury a ja zamiast zakuwać śpię.
Mam drugi dzień z rzędu wolny (egzaminy gimnazjalistów więc klasy maturalne mają wolne).
I w sumie ... Nie zrobiłam za wiele.
Wczoraj byłam w czytelni (wspominalam, że właśnie w miejskiej czytelni się uczę? :p ) tylko kilkga godzin bo potem musiałam zmykać na korepetycje.
Dzisiaj do czytelni nie pojechałam w ogóle.
Wstałam o 11 (!!!!!) i nie opłacało mi się.
A co zrobiłam od 11 (jest 13:40 ) ?
WIELKIE NIC.
Jestem załamana sobą.
Idę zrobić cokolwiek.
Najlepiej odgruzować pokój.
Faza na Jake nadal mi nie mija.
W planach (ale Boziu! już po maturach :'( ) mam jeszcze dokopanie się do Muse jeśli chodzi o muzykę i Downtown Abbey jeśli chodzi o seriale. Z serialami to w ogóle jest zabawnie bo mam ich miliony, ale ten chcę zacząć od początku (w sensie... nigdy go nie oglądałam :p ) i obejrzeć za jednym razem bo poleca go mnóstwo ludzi.
Dlaczego Muse dopiero po maturze?
Przecież słuchanie muzyki nie zabiera czasu-można rzec.
Otóż u mnie jest totalnie odwrotnie.
Jeśli chce poznać jakiegoś artystę to potrzebuje na to mnóstwo czasu.
Słuchając muzyki nie mogę się uczyć (czytać owszem tak, ale nie słuchać muzyki), więc nie uczę się w autobusie i często w domu tylko słucham.
A to nie zbyt dobre tuż przed samą maturą :p
Jeśli chodzi o np takiego Jake Bugga... Wydał jedną płytę :) "ogarnięcie go" nie zajmuje dużo czasu... Raptem kilka dni :p
Ale Muse ?
Kilka płyt, mnóstwo piosenek... do tego jest mi potrzebny czas.
Coldplay odkrywałam przez DOBRE KILKA miesięcy.
Nie słuchając w tym czasie NIKOGO innego :)
Właściwie... Od 2009 (kiedy to zaczęłam słuchać Chrisa i spółki) aż do roku 2012 słuchałąm tylko Coldplay Z MAŁYMI dodatkami Jamesa Morrisona, Jose Gonzalesa, Kings of Leon (małe rozczarowanie... już ich nie słucham kompletnie), Thirty Seconds To Mars (miałam mega fazę... czasami posłucham sobie jeszcze pojedynczych piosenek ale chyba wyrosłam z Jareda :P ) aaaaa no i One Republic :) Okazuje się, że wcale tego nie była tak mało ;p ale ja wiem jak było dokładnie :D Codziennie 4 (czy od listopada 2011 nawet pięć ;p ) płyt Coldplay i kilka piosenek wyżej wymienionych :)
Ale w czerwcu 2012 przyszedł czas na Bena Howarda. Teraz doszli do tego The Lumineers, The Robbie Boyd Band, Jake Bugg, nowa faza na One Republic, Mumford&Sons, Ed Sheeran... I to w proporcjach BARDZO przeważających na Bena (i w tej chwili Jake), potem ciut więcej Coldplay i na koniec mieszanka wyżej wymienionych :)
Chyba czas (PO MATURACH!!!!) napisać jakiś post stricte o muzyce bo jakoś dziwnie się rozpisałam :p
Mam drugi dzień z rzędu wolny (egzaminy gimnazjalistów więc klasy maturalne mają wolne).
I w sumie ... Nie zrobiłam za wiele.
Wczoraj byłam w czytelni (wspominalam, że właśnie w miejskiej czytelni się uczę? :p ) tylko kilkga godzin bo potem musiałam zmykać na korepetycje.
Dzisiaj do czytelni nie pojechałam w ogóle.
Wstałam o 11 (!!!!!) i nie opłacało mi się.
A co zrobiłam od 11 (jest 13:40 ) ?
WIELKIE NIC.
Jestem załamana sobą.
Idę zrobić cokolwiek.
Najlepiej odgruzować pokój.
Faza na Jake nadal mi nie mija.
W planach (ale Boziu! już po maturach :'( ) mam jeszcze dokopanie się do Muse jeśli chodzi o muzykę i Downtown Abbey jeśli chodzi o seriale. Z serialami to w ogóle jest zabawnie bo mam ich miliony, ale ten chcę zacząć od początku (w sensie... nigdy go nie oglądałam :p ) i obejrzeć za jednym razem bo poleca go mnóstwo ludzi.
Dlaczego Muse dopiero po maturze?
Przecież słuchanie muzyki nie zabiera czasu-można rzec.
Otóż u mnie jest totalnie odwrotnie.
Jeśli chce poznać jakiegoś artystę to potrzebuje na to mnóstwo czasu.
Słuchając muzyki nie mogę się uczyć (czytać owszem tak, ale nie słuchać muzyki), więc nie uczę się w autobusie i często w domu tylko słucham.
A to nie zbyt dobre tuż przed samą maturą :p
Jeśli chodzi o np takiego Jake Bugga... Wydał jedną płytę :) "ogarnięcie go" nie zajmuje dużo czasu... Raptem kilka dni :p
Ale Muse ?
Kilka płyt, mnóstwo piosenek... do tego jest mi potrzebny czas.
Coldplay odkrywałam przez DOBRE KILKA miesięcy.
Nie słuchając w tym czasie NIKOGO innego :)
Właściwie... Od 2009 (kiedy to zaczęłam słuchać Chrisa i spółki) aż do roku 2012 słuchałąm tylko Coldplay Z MAŁYMI dodatkami Jamesa Morrisona, Jose Gonzalesa, Kings of Leon (małe rozczarowanie... już ich nie słucham kompletnie), Thirty Seconds To Mars (miałam mega fazę... czasami posłucham sobie jeszcze pojedynczych piosenek ale chyba wyrosłam z Jareda :P ) aaaaa no i One Republic :) Okazuje się, że wcale tego nie była tak mało ;p ale ja wiem jak było dokładnie :D Codziennie 4 (czy od listopada 2011 nawet pięć ;p ) płyt Coldplay i kilka piosenek wyżej wymienionych :)
Ale w czerwcu 2012 przyszedł czas na Bena Howarda. Teraz doszli do tego The Lumineers, The Robbie Boyd Band, Jake Bugg, nowa faza na One Republic, Mumford&Sons, Ed Sheeran... I to w proporcjach BARDZO przeważających na Bena (i w tej chwili Jake), potem ciut więcej Coldplay i na koniec mieszanka wyżej wymienionych :)
Chyba czas (PO MATURACH!!!!) napisać jakiś post stricte o muzyce bo jakoś dziwnie się rozpisałam :p
sobota, 20 kwietnia 2013
Odkryłam perełkę!!!
Jake Bugg.
Jest moim równieśnikiem (co nie powiem... lekko mnie dołuje)
Dzisiaj poznałam dzisiaj oszalałam.
Dzisiaj wydałam ostatnie pieniądze.
W listopadzie zobaczę go w clubie Palladium w 100licy.
Idę na jego koncert znając jakieś półtorej piosenki.
Mam jeszcze TROCHĘ czasu.
Poznam go, czuję, że pokocham.
Czuje, że może zagościć w moim sercu gdzieś pomiędzy Benem Howardem, The Lumineers i The Robbie Boyd Band.
Jest moim równieśnikiem (co nie powiem... lekko mnie dołuje)
Dzisiaj poznałam dzisiaj oszalałam.
Dzisiaj wydałam ostatnie pieniądze.
W listopadzie zobaczę go w clubie Palladium w 100licy.
Idę na jego koncert znając jakieś półtorej piosenki.
Mam jeszcze TROCHĘ czasu.
Poznam go, czuję, że pokocham.
Czuje, że może zagościć w moim sercu gdzieś pomiędzy Benem Howardem, The Lumineers i The Robbie Boyd Band.
piątek, 19 kwietnia 2013
Jest lekko po pierwszej w nocy.
Mam otwarte na oścież okno.
Siedzę na parapecie.
W podkoszulce i majtkach.
Jeszcze tydzień temu było zimno. Bardzo zimno.
Teraz jest znośnie.
Siedzę nieumyta z przetłuszczonymi włosami.
Za 6 godzin mam być zregenerowana i gotowa na ostatni piątek w szkole.
W 'moim' liceum.
Pale fajka chociaż wiem, że nie powinnam.
Popiół ląduje w opakowaniu po danonku do którego dolałam trochę zeszłotygodniowej herbaty.
Cuda w moim pokoju.
Jedzenie, syf, bród i malaria.
No może nie jest aż tak źle.
Opakowania po jedzeniu żyją już swoim życiem.
Wołam do nich po imieniu i wymieniamy się spostrzeżeniami na temat naszej egzystencji.
Czytam sobie blogi.
Oglądam seriale, TapMadl i AbstrachujeTV na youtube.
Kto by pomyślał, że za kilanaście dni matura.
Miałam o niej nie wspominać.
Ale trudno jest o niej MILCZEĆ, co tłumacze (pewnie najbardziej sama sobie) od kilku postów.
Rodziców nie ma w domu.
Nocują jak co czwartej u dziadków.
Wiatr jak na złość wieje mi prosto do pokoju.
Śmierdzi pewnie już w całym domu.
Albo tylko w moim pokoju.
Idę się myć.
Zostawię otwarte okno to może wywietrzeje.
Popiół spadł mi na klawiaturę.
Dobrze nie mieć sąsiadów z oknami po tej stronie domu.
Jeszcze chyba nigdy nie byłam taka pogubiona.
A może zafundować sobie litr kawy i jak za starych dobrych czasów bezsenną noc?
A potem nieprzytomnie prosto do szkoły.
Mam ogromną ochotę trochę się zniszczyć.
Jakbym tego nie robiła od lutego pozbywając się normalnego życia na rzecz nauki.
Siedzę na parapecie.
W podkoszulce i majtkach.
Jeszcze tydzień temu było zimno. Bardzo zimno.
Teraz jest znośnie.
Siedzę nieumyta z przetłuszczonymi włosami.
Za 6 godzin mam być zregenerowana i gotowa na ostatni piątek w szkole.
W 'moim' liceum.
Pale fajka chociaż wiem, że nie powinnam.
Popiół ląduje w opakowaniu po danonku do którego dolałam trochę zeszłotygodniowej herbaty.
Cuda w moim pokoju.
Jedzenie, syf, bród i malaria.
No może nie jest aż tak źle.
Opakowania po jedzeniu żyją już swoim życiem.
Wołam do nich po imieniu i wymieniamy się spostrzeżeniami na temat naszej egzystencji.
Czytam sobie blogi.
Oglądam seriale, TapMadl i AbstrachujeTV na youtube.
Kto by pomyślał, że za kilanaście dni matura.
Miałam o niej nie wspominać.
Ale trudno jest o niej MILCZEĆ, co tłumacze (pewnie najbardziej sama sobie) od kilku postów.
Rodziców nie ma w domu.
Nocują jak co czwartej u dziadków.
Wiatr jak na złość wieje mi prosto do pokoju.
Śmierdzi pewnie już w całym domu.
Albo tylko w moim pokoju.
Idę się myć.
Zostawię otwarte okno to może wywietrzeje.
Popiół spadł mi na klawiaturę.
Dobrze nie mieć sąsiadów z oknami po tej stronie domu.
Jeszcze chyba nigdy nie byłam taka pogubiona.
A może zafundować sobie litr kawy i jak za starych dobrych czasów bezsenną noc?
A potem nieprzytomnie prosto do szkoły.
Mam ogromną ochotę trochę się zniszczyć.
Jakbym tego nie robiła od lutego pozbywając się normalnego życia na rzecz nauki.
czwartek, 11 kwietnia 2013
Obiecuje sobie.
Że będę pisała regularnie.
Że oprócz matury i szkoły napiszę też o CZYMŚ innym.
Że na bieżąco zapiszę sobie w pamięci (dzięki pisaniu tutaj) moje codzienne życie z tego pięknego okresu jakim (powinno być ;p ) w tej chwili moje życie.
Obiecuje jednak sobie JUŻ TERAZ, że za 39 dni, po napisaniu OSTATNIEJ matury spełnię (dla samej siebie) wszystkie powyższe punkty :)
Jak na razie... Trudno jest mi po prostu pisać i myśleć o czymkolwiek innym.
Już nawet nie chodzi o samo zjawisko -> matura=najważniejszy egzamin w życiu bo od niego będzie zależało całe Twoje życie.
Chodzi o to, że to 'całe życie' jest dla mnie zagadką.
W tej chwili, pomiędzy nauką WOSu (nadal mam MEGA zaległości) powtórką polskiego (+/- 35 lektur i drugie tyle poezji), robieniem matur z matematyki i tłmaczeniem sobie, że angielski to pikuś, zmagam się z myślami CO ZE SOBĄ ZROBIĆ.
Pogubiłam się.
Sama już nie wiem.
Serce mówi jedno, rozum drugie.
Chciałabym dużo, ale jakim kosztem?
Chciałabym dla siebie, ale czy to będzie taki super jeśli przez moje decyzje moja własna rodzicielka nabawi się jeszcze większej ilości siwych włosów?
Cała młodzież dookoła mnie jest zdania 'pierdol wszystko rób to co dla Ciebie jest ważne'. I ja się z tym zgadzam. Tylko jak przychodzi co do czego to nie jestem w stanie postawić kropki nad "i". Bo przecież nie mogę myśleć TYLKO o sobie. Mam najbliższych, którzy oprócz wymagań mają też wielkie nadzieje względem mojej osoby. I tu nie chodzi o spełnianie ich niespełnionych ambicji. Chodzi o to, że oni żyją troche dłużej ode mnie i o to, że mają więcej doświadczenia, więcej przeżyli i widzieli. Nie to, że mają zawsze racje. Tak na pewno nie jest. Ale moje serce (i mózg) nie pozwalają mi się wyłączyć na to co słyszę z ust rodziców. Zrobię wszystko po swojemu ale tak, żeby był wilk syty i owca cała. Drobnymi kroczkami do celu.
Nie chcę iść na dzienne studia na drugi koniec polski i podniecać się tym, wiedząc równocześnie, że moi rodzice wypruwają sobie żyły, żebym ja mogła to robić.
Dlatego chce iść do pracy w te wakacje.
Żeby mieć chociaż na dojazdy, ubrania i cokolwiek.
Żeby nie musieć ciągnąć od rodziców.
I nawet jak pójdę na studia dzienne na drugi koniec polski.
Chcę pracować (cokolwiek, naprawdę) żeby ich nie obciążać za bardzo. Przecież to też są ludzie i mają swoje plany i marzenia.
Chciałabym nie musieć się martwić o pieniądze, ale widocznie nie było mi to dane.
Moi rodzice zarabiają tak a nie inaczej i mimo, że nie narzekamy to jest to związane po prostu z dobrym gospodarowaniem środkami. Dlatego, nie mogę przegiąć.
Tylko zastanawiam się dlaczego we mnie to siedzi.
Moja siostra nie miała takich skrupułów.
A ja chciałabym spełnić swoje UKRYTE GŁĘBOKO marzenia.
Iść na jakiśartystyczny kierunek 'bez przyszłości'.
Fotografia na przykład.
Tylko wiem, że nie mogłabym być w tym po prostu dobra.
Musiałąbym być NAJLEPSZA i mieć pomysł na siebie.
Potrzebuje jeszcze roku, żeby nad sobą popracować.
Dlatego w tym roku 'normalne' studia.
Na 'artystyczne" zaaplikuje za rok.
I za rok, i za rok. Jak się nie dostanę.
Bo trzeba chocicaż próbować spełniać marzenia.
Chaos.
Chaos wszędzie w tej notce.
Chyba sama nie wiem do końca o co mi chodziło :3
Że oprócz matury i szkoły napiszę też o CZYMŚ innym.
Że na bieżąco zapiszę sobie w pamięci (dzięki pisaniu tutaj) moje codzienne życie z tego pięknego okresu jakim (powinno być ;p ) w tej chwili moje życie.
Obiecuje jednak sobie JUŻ TERAZ, że za 39 dni, po napisaniu OSTATNIEJ matury spełnię (dla samej siebie) wszystkie powyższe punkty :)
Jak na razie... Trudno jest mi po prostu pisać i myśleć o czymkolwiek innym.
Już nawet nie chodzi o samo zjawisko -> matura=najważniejszy egzamin w życiu bo od niego będzie zależało całe Twoje życie.
Chodzi o to, że to 'całe życie' jest dla mnie zagadką.
W tej chwili, pomiędzy nauką WOSu (nadal mam MEGA zaległości) powtórką polskiego (+/- 35 lektur i drugie tyle poezji), robieniem matur z matematyki i tłmaczeniem sobie, że angielski to pikuś, zmagam się z myślami CO ZE SOBĄ ZROBIĆ.
Pogubiłam się.
Sama już nie wiem.
Serce mówi jedno, rozum drugie.
Chciałabym dużo, ale jakim kosztem?
Chciałabym dla siebie, ale czy to będzie taki super jeśli przez moje decyzje moja własna rodzicielka nabawi się jeszcze większej ilości siwych włosów?
Cała młodzież dookoła mnie jest zdania 'pierdol wszystko rób to co dla Ciebie jest ważne'. I ja się z tym zgadzam. Tylko jak przychodzi co do czego to nie jestem w stanie postawić kropki nad "i". Bo przecież nie mogę myśleć TYLKO o sobie. Mam najbliższych, którzy oprócz wymagań mają też wielkie nadzieje względem mojej osoby. I tu nie chodzi o spełnianie ich niespełnionych ambicji. Chodzi o to, że oni żyją troche dłużej ode mnie i o to, że mają więcej doświadczenia, więcej przeżyli i widzieli. Nie to, że mają zawsze racje. Tak na pewno nie jest. Ale moje serce (i mózg) nie pozwalają mi się wyłączyć na to co słyszę z ust rodziców. Zrobię wszystko po swojemu ale tak, żeby był wilk syty i owca cała. Drobnymi kroczkami do celu.
Nie chcę iść na dzienne studia na drugi koniec polski i podniecać się tym, wiedząc równocześnie, że moi rodzice wypruwają sobie żyły, żebym ja mogła to robić.
Dlatego chce iść do pracy w te wakacje.
Żeby mieć chociaż na dojazdy, ubrania i cokolwiek.
Żeby nie musieć ciągnąć od rodziców.
I nawet jak pójdę na studia dzienne na drugi koniec polski.
Chcę pracować (cokolwiek, naprawdę) żeby ich nie obciążać za bardzo. Przecież to też są ludzie i mają swoje plany i marzenia.
Chciałabym nie musieć się martwić o pieniądze, ale widocznie nie było mi to dane.
Moi rodzice zarabiają tak a nie inaczej i mimo, że nie narzekamy to jest to związane po prostu z dobrym gospodarowaniem środkami. Dlatego, nie mogę przegiąć.
Tylko zastanawiam się dlaczego we mnie to siedzi.
Moja siostra nie miała takich skrupułów.
A ja chciałabym spełnić swoje UKRYTE GŁĘBOKO marzenia.
Iść na jakiśartystyczny kierunek 'bez przyszłości'.
Fotografia na przykład.
Tylko wiem, że nie mogłabym być w tym po prostu dobra.
Musiałąbym być NAJLEPSZA i mieć pomysł na siebie.
Potrzebuje jeszcze roku, żeby nad sobą popracować.
Dlatego w tym roku 'normalne' studia.
Na 'artystyczne" zaaplikuje za rok.
I za rok, i za rok. Jak się nie dostanę.
Bo trzeba chocicaż próbować spełniać marzenia.
Chaos.
Chaos wszędzie w tej notce.
Chyba sama nie wiem do końca o co mi chodziło :3
wtorek, 2 kwietnia 2013
Tak to jest...
Jak człowiek ma święta i TEORETYCZNIE duzo wolnego czasu. Nie pisze sie kompletnie nic.
A u mnie oprócz zaniku pisania?
Nie dość, że nie czułam świat bo wszędzie leży DUZO śniegu.
Nie dość, że odpuscilam sobie codzienne chodzenie do kościoła,
Do tego wszystkiego codziennie dzien miałam naladowany nauka do matury, dokonczylam prezentacje na ustny polski (SUKCES :D), podrobilam sobie pare spraw do szkoły.
No nie czułam po prostu tych świat. Upłynęły mi na nauce :'( mam nadzieje, ze to moje pierwsze i ostatnie takie święta :)
Ale i tak z tego wszystkiego najgorsza była III wojna światowa , która nastąpiła w postaci kłótni miedzy wszystkimi domownikami...
Nie to, ze był jakos powód. Raczej "zwykle" napięcie, ktore jakos musiało z nas zejść....
Poklocilismy sie "o nic" i atmosfera prysnela bezpowrotnie...
A moja ciągła nauka nie zmieniła nawet o ocdrobine tego, ze po prostu NIE czuje sie przygotowana (w żaden sposób) do tej matury. :(
Zobaczymy co przyniesie czas, mam nadzieje, ze wszystko pójdzie przynajmniej ok :)
A u mnie oprócz zaniku pisania?
Nie dość, że nie czułam świat bo wszędzie leży DUZO śniegu.
Nie dość, że odpuscilam sobie codzienne chodzenie do kościoła,
Do tego wszystkiego codziennie dzien miałam naladowany nauka do matury, dokonczylam prezentacje na ustny polski (SUKCES :D), podrobilam sobie pare spraw do szkoły.
No nie czułam po prostu tych świat. Upłynęły mi na nauce :'( mam nadzieje, ze to moje pierwsze i ostatnie takie święta :)
Ale i tak z tego wszystkiego najgorsza była III wojna światowa , która nastąpiła w postaci kłótni miedzy wszystkimi domownikami...
Nie to, ze był jakos powód. Raczej "zwykle" napięcie, ktore jakos musiało z nas zejść....
Poklocilismy sie "o nic" i atmosfera prysnela bezpowrotnie...
A moja ciągła nauka nie zmieniła nawet o ocdrobine tego, ze po prostu NIE czuje sie przygotowana (w żaden sposób) do tej matury. :(
Zobaczymy co przyniesie czas, mam nadzieje, ze wszystko pójdzie przynajmniej ok :)
wtorek, 26 marca 2013
Próbna matura.
Słabo mi poszło :(
Nie jestem z siebie zadowolona.
Najgorzej poszedł mi... polski! i to PODSTAWA.
54% !!!!!!!!!! jestem na humanie a nie umiem pisać. z czytania ze zrozumieniem miałam 75%, ale źle napisałam wypracowanie. Albo inaczej. Napisałam dobrze, ale mało wyczerpująco! Miałam tylko 9 punktów za rozwinięcie! W ogóle na 50 pkt miałam 28... To jest ledwie ponad połowa :<
Matma...
Spodziewałam się, że będzie gorzej...
To nie był mój dzień. Tak po prostu.
Bolał mnie kręgosłup, miałam okres, to były pierwsze lekcje. Na dodatek poniedziałek i po weekendzie trudno mi się było w ogóle obudzić.
68%-podstawa.
O dziwo najlepiej poszedł mi WOS.
28/36 pkt z testu (nie wiem na jakiej zasadzie na 36 pkt ;p nie wnikałam)
i 75% z wypracowania... Ale wypracowanie było lepiej napisane ;p Tylko mój nauczyciel czyta i zamiast stawiać "+" jak pojawia się odpowiednia informacja a potem jakoś to podliczać to... Czyta i ocenia na zasadzie 'podobało mi się/nie podobało mi się'.
czyli tak ok 76% z rozszerzenia. Jak dla mnie to całkiem elegancki wynik :)
Angielskiego jeszcze nie pisaliśmy, ale mieliśmy takie zadania maturalne. Myślałam, że to nie będzie na ocenę i zrobiłam wszystko na 'odwal' żeby móc wyjść wcześniej na autobus ;p
Okazuje się, że z samych struktur leksykalnych (czego nienawidzę!) miałam 70% z rozszerzenia... A to co pisaliśmy BYŁO na ocenę :)
Zważywszy na to, że (teoretycznie) matury próbne idą zawsze gorzej od tych w maju to...TRZYMAM za siebie kciuki. I to mocno :(
Chciałabym mieć po te 80% z moich przedmiotów...
Nie marzę o 90%, bo wiem, że nie dam rady... Ale MAMOOOooooooooooo 80%, proszę!
Jeszcze 42 dni.
Jestem lekko przerażona.
W czwartek jadę na zakupy.
Czas się uzbroić w białe bluzki, czarne spodnie i marynarkę.
Balerinki mam.
Ani spódnice ani obcasy nie wchodzą (dla mnie) w grę, bo wychodzę z założenia, że JA mam się czuć dobrze, to MI ma być wygodnie. W nosie mam to czy tak wypada czy nie. W miarę możliwości spodnie kupię sobie w kant, ale żadna siła nie zmusi mnie do spódnicy :)
Wiem już po egzaminie gimnazjalnym, że temperatury na salach gimnastycznych nie sprzyjają krótkim rękawkom i spódnicom. Szczególnie w tym roku, kiedy pod koniec(!) marca za oknem leży całkiem pokaźna warstwa śniegu :)
PS a może na maturę iść tak? :D
Nie jestem z siebie zadowolona.
Najgorzej poszedł mi... polski! i to PODSTAWA.
54% !!!!!!!!!! jestem na humanie a nie umiem pisać. z czytania ze zrozumieniem miałam 75%, ale źle napisałam wypracowanie. Albo inaczej. Napisałam dobrze, ale mało wyczerpująco! Miałam tylko 9 punktów za rozwinięcie! W ogóle na 50 pkt miałam 28... To jest ledwie ponad połowa :<
Matma...
Spodziewałam się, że będzie gorzej...
To nie był mój dzień. Tak po prostu.
Bolał mnie kręgosłup, miałam okres, to były pierwsze lekcje. Na dodatek poniedziałek i po weekendzie trudno mi się było w ogóle obudzić.
68%-podstawa.
O dziwo najlepiej poszedł mi WOS.
28/36 pkt z testu (nie wiem na jakiej zasadzie na 36 pkt ;p nie wnikałam)
i 75% z wypracowania... Ale wypracowanie było lepiej napisane ;p Tylko mój nauczyciel czyta i zamiast stawiać "+" jak pojawia się odpowiednia informacja a potem jakoś to podliczać to... Czyta i ocenia na zasadzie 'podobało mi się/nie podobało mi się'.
czyli tak ok 76% z rozszerzenia. Jak dla mnie to całkiem elegancki wynik :)
Angielskiego jeszcze nie pisaliśmy, ale mieliśmy takie zadania maturalne. Myślałam, że to nie będzie na ocenę i zrobiłam wszystko na 'odwal' żeby móc wyjść wcześniej na autobus ;p
Okazuje się, że z samych struktur leksykalnych (czego nienawidzę!) miałam 70% z rozszerzenia... A to co pisaliśmy BYŁO na ocenę :)
Zważywszy na to, że (teoretycznie) matury próbne idą zawsze gorzej od tych w maju to...TRZYMAM za siebie kciuki. I to mocno :(
Chciałabym mieć po te 80% z moich przedmiotów...
Nie marzę o 90%, bo wiem, że nie dam rady... Ale MAMOOOooooooooooo 80%, proszę!
Jeszcze 42 dni.
Jestem lekko przerażona.
W czwartek jadę na zakupy.
Czas się uzbroić w białe bluzki, czarne spodnie i marynarkę.
Balerinki mam.
Ani spódnice ani obcasy nie wchodzą (dla mnie) w grę, bo wychodzę z założenia, że JA mam się czuć dobrze, to MI ma być wygodnie. W nosie mam to czy tak wypada czy nie. W miarę możliwości spodnie kupię sobie w kant, ale żadna siła nie zmusi mnie do spódnicy :)
Wiem już po egzaminie gimnazjalnym, że temperatury na salach gimnastycznych nie sprzyjają krótkim rękawkom i spódnicom. Szczególnie w tym roku, kiedy pod koniec(!) marca za oknem leży całkiem pokaźna warstwa śniegu :)
PS a może na maturę iść tak? :D
niedziela, 24 marca 2013
Dlaczego żałuje, że mieszkam w Polsce.
Jest WIEEEEEEEEEELE powodów.
Ale aktualnie męczy mnie jeden ;)
Tadadadadamamama, fanfary poproszę!!
Co to może być?!
rampapapapapapam.
Szkoła.
To będzie długi post. Nakręciłam się na niego, bo razem z moją klasą jestem odpowiedzialna za szkolną kronikę i szlak mnie trafia. Nikt nic nie wie, nikt mi nie chce pomóc. Nawet moja klasa ma mnie (brzydko mówiąc :( )w dupie. Część z nich napisała to co miała przydzielone, reszcie wisi to ciepłym kalafiorem. Klapa totalna. Zamiast przyjemności w organizowaniu życia szkoły (czyt. robienie kroniki którą być może będzie czytało następne pokolenie!) mam jeden wielki dramat i kłótnię. W ogóle to za wywołanie zdjęć powinnam zapłacić z własnej kieszeni. "Ewentualnie iść tam, wziąć kartkę, wypełnić, pójść do pani dyrektor, ładnie poprosić o dofinansowanie w wysokości 20pln!, poczekać na odpowiedź". Polska szkoła. To jest temat rzeka. O różnym poziomie nauczania, nauczycielach, uczniach, warunkach w szkołach i tak dalej, mogłabym pisać godzinami. Ale dzisiaj tylko małe porównanie okołokronikalne.
I może narzekałabym mniej, gdyby nie fakt, że moja najlepsza koleżanka spędziła pierwszą klasę liceum na wymianie międzynarodowej w USA. I może narzekałabym mniej, gdyby mi nie opowiadała jak tam było SUPER. Nie dlatego, że poziom niższy i że czuła się jak geniusz przy głupich amerykanach.
Stereotypy!
"Bo Amerykanie nawet nie wiedzą gdzie jest Polska, a gdzie USA jest to wszyscy wiedzą!"
No naprawdę?bo każdy polak wie, gdzie leży Malezja? Albo Ghana? Albo Goa?
Wszyscy wiedzą, gdzie leży USA bo jest ogromnym, niedoścignionym marzeniem dla WIELU ludzi. Liczy się w świecie i (nie ukrywajmy) jest po prostu duże terytorialnie.
Polska? nie bardzo. Jak pokazuje poniżej Zamieszczony odcinek internetowego programu "Matura to bzdura" niektórzy Polacy nie wiedzą nawet co jest stolicą Wielkiej Brytanii. Kraju europejskiego!!! Niektórzy nie wiedzą gdzie jest Hiszpania. No błagam!.
"Macie w Polsce Internet?"
I znowu wzburzenie Polaków.
A czy ty masz jakiekolwiek pojęcia o posiadaniu Internetu przez mieszkanców Laosu, Suazi albo Borneo?
"Mówicie w Polsce po rosyjsku?"
Bo dla WSZYSTKICH polaków jest jasne, że w Brazylii mówią po portugalsku a nie 'brazylijsku' a w Peru językiem urzędowym jest hiszpański a nie "peruwiański".
Generalizuje.
Wiem.
Bo nie wszyscy Polacy są tak 'ograniczeni'.
Ale też nie wszyscy Amerykanie nie mają pojęcia gdzie jest Polska (Ci którzy wiedzą albo się w Polsce urodzili albo ich rodzice są Polakami ;p).
Ale je w sumie nie o tym miałam pisać.
Co najbardziej podobało mi się w opowieściach W. o Liceum w Stanach Zjednoczonych?
Jedność i otwartość ;)
Wiadomo, że ZAWSZE są jednostki odbiegające od 'standardów' ale ja piszę o sytuacjach standardowych ;)
A najbardziej, najbardziej, najbardziej?!
Zajęcia "yearbook" na których grupa osób pracowała nad kroniką szkolną. Sami robili zdjęcia, sami pisali teksty, ludzi wręcz prześcigali się o to by mieć te zajęcia i móc uczestniczyć w życiu szkoły. A u nas? U mnie w szkole? Nikomu nie zależy, ich celem jest TYLKO I WYŁĄCZNIE dobrze zdać maturę. Zero zgrania się, inicjatywy. Chodzą do szkoły, żeby odbębnić swój obowiązek. Pamiętam moje gimnazjum. Nawet tam było lepiej :) Może nie mieliśmy kroniki (jakoś nikt na to nie wpadł a gimnazjum miało raptem 7 lat jak ja z niego odchodziłam) ale przynajmniej mieliśmy prężnie działający samorząd uczniowski. Co wtorek każda przerwa była jedną wielką, szkolną zabawą, konkursem z nagrodami, nawet nauczyciele potrafili się włączyć do tej zabawy, ŚMIAĆ SIĘ Z SIEBIE. Ale to też w sumie nie była tylko inicjatywa uczniów. Mieliśmy SUPER nauczyciela, który to wszystko trzymał w garści. Kierował nami, mówił co, kiedy, gdzie i jak.
Moje liceum to substytut szkoły.
Baaaardzo tego żałuje... Kronika? Zróbcie sami. Dyskoteka? Jak ubłagacie dyrekcję, bo przecież jest NOWA klepka na sali gimnastycznej. Wycieczka klasowa? Nie w trakcie lekcji. Możecie razem jechać po lekcjach albo w weekend. To jedziemy? Wychowawca mówi, że on już jest po pracy i możemy jechać sami.
Ale aktualnie męczy mnie jeden ;)
Tadadadadamamama, fanfary poproszę!!
Co to może być?!
rampapapapapapam.
Szkoła.
To będzie długi post. Nakręciłam się na niego, bo razem z moją klasą jestem odpowiedzialna za szkolną kronikę i szlak mnie trafia. Nikt nic nie wie, nikt mi nie chce pomóc. Nawet moja klasa ma mnie (brzydko mówiąc :( )w dupie. Część z nich napisała to co miała przydzielone, reszcie wisi to ciepłym kalafiorem. Klapa totalna. Zamiast przyjemności w organizowaniu życia szkoły (czyt. robienie kroniki którą być może będzie czytało następne pokolenie!) mam jeden wielki dramat i kłótnię. W ogóle to za wywołanie zdjęć powinnam zapłacić z własnej kieszeni. "Ewentualnie iść tam, wziąć kartkę, wypełnić, pójść do pani dyrektor, ładnie poprosić o dofinansowanie w wysokości 20pln!, poczekać na odpowiedź". Polska szkoła. To jest temat rzeka. O różnym poziomie nauczania, nauczycielach, uczniach, warunkach w szkołach i tak dalej, mogłabym pisać godzinami. Ale dzisiaj tylko małe porównanie okołokronikalne.
I może narzekałabym mniej, gdyby nie fakt, że moja najlepsza koleżanka spędziła pierwszą klasę liceum na wymianie międzynarodowej w USA. I może narzekałabym mniej, gdyby mi nie opowiadała jak tam było SUPER. Nie dlatego, że poziom niższy i że czuła się jak geniusz przy głupich amerykanach.
Stereotypy!
"Bo Amerykanie nawet nie wiedzą gdzie jest Polska, a gdzie USA jest to wszyscy wiedzą!"
No naprawdę?bo każdy polak wie, gdzie leży Malezja? Albo Ghana? Albo Goa?
Wszyscy wiedzą, gdzie leży USA bo jest ogromnym, niedoścignionym marzeniem dla WIELU ludzi. Liczy się w świecie i (nie ukrywajmy) jest po prostu duże terytorialnie.
Polska? nie bardzo. Jak pokazuje poniżej Zamieszczony odcinek internetowego programu "Matura to bzdura" niektórzy Polacy nie wiedzą nawet co jest stolicą Wielkiej Brytanii. Kraju europejskiego!!! Niektórzy nie wiedzą gdzie jest Hiszpania. No błagam!.
"Macie w Polsce Internet?"
I znowu wzburzenie Polaków.
A czy ty masz jakiekolwiek pojęcia o posiadaniu Internetu przez mieszkanców Laosu, Suazi albo Borneo?
"Mówicie w Polsce po rosyjsku?"
Bo dla WSZYSTKICH polaków jest jasne, że w Brazylii mówią po portugalsku a nie 'brazylijsku' a w Peru językiem urzędowym jest hiszpański a nie "peruwiański".
Generalizuje.
Wiem.
Bo nie wszyscy Polacy są tak 'ograniczeni'.
Ale też nie wszyscy Amerykanie nie mają pojęcia gdzie jest Polska (Ci którzy wiedzą albo się w Polsce urodzili albo ich rodzice są Polakami ;p).
Ale je w sumie nie o tym miałam pisać.
Co najbardziej podobało mi się w opowieściach W. o Liceum w Stanach Zjednoczonych?
Jedność i otwartość ;)
Wiadomo, że ZAWSZE są jednostki odbiegające od 'standardów' ale ja piszę o sytuacjach standardowych ;)
A najbardziej, najbardziej, najbardziej?!
Zajęcia "yearbook" na których grupa osób pracowała nad kroniką szkolną. Sami robili zdjęcia, sami pisali teksty, ludzi wręcz prześcigali się o to by mieć te zajęcia i móc uczestniczyć w życiu szkoły. A u nas? U mnie w szkole? Nikomu nie zależy, ich celem jest TYLKO I WYŁĄCZNIE dobrze zdać maturę. Zero zgrania się, inicjatywy. Chodzą do szkoły, żeby odbębnić swój obowiązek. Pamiętam moje gimnazjum. Nawet tam było lepiej :) Może nie mieliśmy kroniki (jakoś nikt na to nie wpadł a gimnazjum miało raptem 7 lat jak ja z niego odchodziłam) ale przynajmniej mieliśmy prężnie działający samorząd uczniowski. Co wtorek każda przerwa była jedną wielką, szkolną zabawą, konkursem z nagrodami, nawet nauczyciele potrafili się włączyć do tej zabawy, ŚMIAĆ SIĘ Z SIEBIE. Ale to też w sumie nie była tylko inicjatywa uczniów. Mieliśmy SUPER nauczyciela, który to wszystko trzymał w garści. Kierował nami, mówił co, kiedy, gdzie i jak.
Moje liceum to substytut szkoły.
Baaaardzo tego żałuje... Kronika? Zróbcie sami. Dyskoteka? Jak ubłagacie dyrekcję, bo przecież jest NOWA klepka na sali gimnastycznej. Wycieczka klasowa? Nie w trakcie lekcji. Możecie razem jechać po lekcjach albo w weekend. To jedziemy? Wychowawca mówi, że on już jest po pracy i możemy jechać sami.
sobota, 23 marca 2013
Podsumowanie ;)
***Nie lubię jak mi ktoś mówi czego mam słuchać czytając jakiś post, no ale! ja słucham tego pisząc, więc może ma to jakiś wpływ na to CO piszę? who knows :)
Podsumowanie:
Zysków i strat dzisiejszego dnia.
Wiedziałam, po prostu wiedziałam!
Nie udało mi się zrealizować wszystkiego o czym pisałam w poprzednim poście...
Jak to zwykle ze mną bywa... Wszystko zostawiam 'na jutro', dlatego niedziela będzie pod znakiem nauki angielskiego ;/ trudno :) I właśnie się ogarnęłam, że niedziela to miała być pod znakiem WOSu bo w poniedziałek jeden z ostatnich sprawdzianów o.O ... oj tam... niedziela jest długa ;p dam rade :D
Teraz idę oglądać moje seriale (ale najpierw matematyka! :) ). Mimo wszystko jestem z siebie dumna, bo wykonałam lwią część tej prezentacji na polski i zostało mi właściwie tylko to, czego i tak nie mogłabym zrobić dzisiaj, bo nie miałam książek do literatury przedmiotu ;) Wypożyczę w poniedziałek i może do świąt wszystko będzie zrobione :)
Aaaaaaaaaaaaaa zapomniałabym!
W tak zwanym międzyczasie.
Zrobiłam zaklęcie ;)
Czary-mary, hokus pokus, tralalalalal i powiedziałam TEJ wiośnie:
Podsumowanie:
Zysków i strat dzisiejszego dnia.
Wiedziałam, po prostu wiedziałam!
Nie udało mi się zrealizować wszystkiego o czym pisałam w poprzednim poście...
- napisanie (chociaż) części pracy na ustny polski V
- 2 matury z matematyki -
- praca domowa z angielskiego x3 -
- wypracowanie na polski -
- nauczyć się słówek -
- umyć okna -/+ (no jakoś tak wyszło, że zrobiła to moja siostra ;p więc praca zrobiona, ale nie moimi rękami :D)
- posprzątałam pokój
- MAM ZAMIAR ZA CHWILĘ robić te zadania z matematyki ;)
- skręciłam swoją szafę do przedpokoju (w moim pokoiku-klitce już by się nie zmieściła ;) ) -> taką
Jak to zwykle ze mną bywa... Wszystko zostawiam 'na jutro', dlatego niedziela będzie pod znakiem nauki angielskiego ;/ trudno :) I właśnie się ogarnęłam, że niedziela to miała być pod znakiem WOSu bo w poniedziałek jeden z ostatnich sprawdzianów o.O ... oj tam... niedziela jest długa ;p dam rade :D
Teraz idę oglądać moje seriale (ale najpierw matematyka! :) ). Mimo wszystko jestem z siebie dumna, bo wykonałam lwią część tej prezentacji na polski i zostało mi właściwie tylko to, czego i tak nie mogłabym zrobić dzisiaj, bo nie miałam książek do literatury przedmiotu ;) Wypożyczę w poniedziałek i może do świąt wszystko będzie zrobione :)
Aaaaaaaaaaaaaa zapomniałabym!
W tak zwanym międzyczasie.
Zrobiłam zaklęcie ;)
Czary-mary, hokus pokus, tralalalalal i powiedziałam TEJ wiośnie:
Żeby stała się tą wiosną:
Domownicy powiedzieli, że z moim darem czarowania to wiosna z pierwszego obrazka będzie siedziała u nas jeszcze okrągły rok. I kurcze... Pewnie mają racje ;(
Tak w ogóle to mam jej (tej 'wiosny') TROCHĘ dosyć. Słońce słońcem, ale o tej porze, rok temu to ja biegałam w koszulce z krótkim rękawem! I NIE było mi zimno.
-> Kolejny minus takiego obrotu spraw? Moja brand new kurtka zimowa po tak intensywnym eksploatowaniu nie wytrzyma nawet 3 sezonów (po jej cenie chciałabym, żeby wytrzymała CHOCIAŻ tyle ;p).
-> Jeszcze jeden minus? Ekolodzy nie mogą się produkować o złym wpływie ludzi na środowisko, bo globalne ocieplenie NAGLE się cofnęło i nigdzie go nie widać. Egoizm egoizmem, ale JA CHCĘ żeby GLOBALNE OCIEPLENIE POWRÓCIŁO ;)
Bo jak tak dalej pójdzie (a nie zapowiada się na nagłe zmiany) to przewiduje:
A przy życiu trzyma mnie tylko to, że dzień jest coraz dłuższy i nie jest tak permanentnie ciemno ;)
Ładne, ostre i wiosenne słońce też jest fajne ;) ale o nim już pisałam, więc zamilknę na ten temat :)
No i jeszcze dodałam suwaki maturalne ;) może dzięki nim się trochę opamiętam i ogarnę :D
Bridget Jones.
Wstałam w południe.
Ładnie, ładnie.
Ale przynajmniej wstałam.
Po (prawie) całym tygodniu szkoły należało mi się kilka godzin więcej snu.
Ale ja nie o tym.
Wstałam bo mnie obudziły głosy z dołu, muzyka, lektor.
Bridget Jones. (mama ogląda podśpiewują, gotują, krzątając się)
Kocham ten film ;)
I nastroiłam się pozytywnie do tego dnia.
Muszę zrobić kilka rzeczy, ale DAM RADE, no bo kto jak nie ja?
A może to nie Bridget nastawiła mnie pozytywnie tylko pogoda za oknem?
Uściślijmy, że nadal leży tam z 15cm bielusieńkiego śniegu (padał od dwóch dni), ALE świeci piękne, ostre, wiosenne słońce :)
I tylko żal, że w nocy było -17*C i jak tak dalej pójdzie to nie dam sobie wmówić, że w Polsce są cztery pory roku. Mamy dwie. Zimę przez 7 miesięcy a potem latowiosnojesień.
Teraz mam ok. 5 godzin produktywnej pracy (no bo po 18 to ja lekko przestaje myśleć ;p), muszę napisać trochę pracy maturalnej z polskiego (najlepiej całą ale raczej nie dam rady ;/), wypracowanie na polski w szkole, 2 matury z matematyki na dodatkowe zajęcia, pracę domową z angielskiegox3 i nauczyć się (znowu) jakichś 200 słówek z angielskiego. Po 18 muszę jeszcze 'tylko' posprzątać pokój, umyć okna u siebie i w pracowni taty (reszta jest podzielona między mamę a siostrę) i JUŻ mogę zaczynać weekendowy opierdaling. ;)
Ale to niestety dopiero jakoś ok 20:00 :)
PS jutro zdam relację jak mi poszło ;p czuję, że nie do końca wypełnię moje postanowienie, ale chociać SPRÓBUJĘ! :)
Ładnie, ładnie.
Ale przynajmniej wstałam.
Po (prawie) całym tygodniu szkoły należało mi się kilka godzin więcej snu.
Ale ja nie o tym.
Wstałam bo mnie obudziły głosy z dołu, muzyka, lektor.
Bridget Jones. (mama ogląda podśpiewują, gotują, krzątając się)
Kocham ten film ;)
I nastroiłam się pozytywnie do tego dnia.
Muszę zrobić kilka rzeczy, ale DAM RADE, no bo kto jak nie ja?
A może to nie Bridget nastawiła mnie pozytywnie tylko pogoda za oknem?
Uściślijmy, że nadal leży tam z 15cm bielusieńkiego śniegu (padał od dwóch dni), ALE świeci piękne, ostre, wiosenne słońce :)
I tylko żal, że w nocy było -17*C i jak tak dalej pójdzie to nie dam sobie wmówić, że w Polsce są cztery pory roku. Mamy dwie. Zimę przez 7 miesięcy a potem latowiosnojesień.
Teraz mam ok. 5 godzin produktywnej pracy (no bo po 18 to ja lekko przestaje myśleć ;p), muszę napisać trochę pracy maturalnej z polskiego (najlepiej całą ale raczej nie dam rady ;/), wypracowanie na polski w szkole, 2 matury z matematyki na dodatkowe zajęcia, pracę domową z angielskiegox3 i nauczyć się (znowu) jakichś 200 słówek z angielskiego. Po 18 muszę jeszcze 'tylko' posprzątać pokój, umyć okna u siebie i w pracowni taty (reszta jest podzielona między mamę a siostrę) i JUŻ mogę zaczynać weekendowy opierdaling. ;)
Ale to niestety dopiero jakoś ok 20:00 :)
PS jutro zdam relację jak mi poszło ;p czuję, że nie do końca wypełnię moje postanowienie, ale chociać SPRÓBUJĘ! :)
czwartek, 21 marca 2013
Bo ja tak już mam ;)
że albo wszystko albo nic.
albo często albo w ogóle.
albo zawsze albo nigdy.
system zero-jedynkowy?
moje życie nim jest :)
więc skoro albo zawsze albo nigdy to piszę dzisiaj już drugi post, a co!
zrobiłam sobie trochę wolnego od 'dnia z Internetem' i napisałam wypracowanie na WOS,
co by nie wyjść z wprawy pt:"uczę się all day, all night".
wypracowanie z polskiego napiszę jutro ;)
nie zamierzam iść do czytelni (jak codziennie od ferii zimowych -> 28.01-8.02) po lekcjach.
zamierzam wrócić do domu, położyć się w łóżku i na leżąco uczyć się dalej :)
a dlaczego?
a no dlatego, że po ponad 7 tygodniach, podczas których cały czas siedzę na krześle, mój kręgosłup... padł.
prawie jak Janek Wiśniewski.
boli mnie, 'ciągnie', uciska.
nie mogę normalnie siedzieć, jak dłużej stoję to też nie dobrze.
w Częstochowie, będą w Kościele i stojąc przez ponad 2h ciągiem, bez zmiany pozycji, musiałam wyjść na chwile na świeże powietrze bo zrobiło mi się niedobrze.
pierwszy raz w życiu myślałam, że zemdleję.
nie chciałam siać paniki, więc sobie wyszłam jak gdyby nigdy nic, ale było źle.
i teraz jestem pewna, że to od kręgosłupa.
do siedzenia po 4-5 godzin zegarowych w szkole, dochodzą kolejne godziny przesiedziane w czytelni w pozycji "nad książkami" i 2,5 godziny dziennie dojazdów autobusem PKS.
z tego wszystkiego to akurat PKS jest najwygodniejszy ale to też nie zawsze i nie każdy autobus ;)
a teraz sobie pół leże pół siedzę na łóżku, biorę się za nadrabianie moich ukochanych seriali, za chwilę pójdę obejrzeć "Na Wspólnej" bo mama będzie chciała wiedzieć co się działo :)
a potem SPAĆ. pierwszy raz od dawna mam zamiar pójść spać wcześniej :)
a to dlatego, że dzisiaj nocuje sama w domu :)
tata nocuje u dziadków w dużym mieście, mama u koleżanki bo skończyła bardzo późno pracę i nie opłacało jej się wracać (u koleżanki bo dawno się nie widziały ;p nie dlatego, że nie lubi dziadków ;d chociaż... to drugie pewnie trochę też ;) ), siostra u innej siostry ciotecznej i siostrzenicy. bo się dawno nie widziały :) więc zostałam sama. na pastwę losu, pieca w którym trzeba rozpalić, psa, którego trzeba nakarmić i domu, który skrzypi, rzęzi i żyje swoim własnym życiem.
a to, że piosenki pojawiają się na koniec postu to tylko zwykły przypadek ;)
podczas pisania jakaś mi wpada do głowy i okazuje się, że pasuje do mojego posta.
dobra.
może i nie pasuje ;p
może tylko mi się tak wydaje.
nie mniej jednak :)
The Lumineers.
kolejny zespół, którego koncertem bym nie pogardziła :)
Ja odkryłam ich w październiku, cała reszta polski jakoś pod koniec stycznia :)
ZNOWU czuję dumę :)
"wszyscy" znają ich piosenkę "Ho Hey" więc chciałam pokazać, że ja znam też jakąś inną :D
(żartuje ;p)
albo często albo w ogóle.
albo zawsze albo nigdy.
system zero-jedynkowy?
moje życie nim jest :)
więc skoro albo zawsze albo nigdy to piszę dzisiaj już drugi post, a co!
zrobiłam sobie trochę wolnego od 'dnia z Internetem' i napisałam wypracowanie na WOS,
co by nie wyjść z wprawy pt:"uczę się all day, all night".
wypracowanie z polskiego napiszę jutro ;)
nie zamierzam iść do czytelni (jak codziennie od ferii zimowych -> 28.01-8.02) po lekcjach.
zamierzam wrócić do domu, położyć się w łóżku i na leżąco uczyć się dalej :)
a dlaczego?
a no dlatego, że po ponad 7 tygodniach, podczas których cały czas siedzę na krześle, mój kręgosłup... padł.
prawie jak Janek Wiśniewski.
boli mnie, 'ciągnie', uciska.
nie mogę normalnie siedzieć, jak dłużej stoję to też nie dobrze.
w Częstochowie, będą w Kościele i stojąc przez ponad 2h ciągiem, bez zmiany pozycji, musiałam wyjść na chwile na świeże powietrze bo zrobiło mi się niedobrze.
pierwszy raz w życiu myślałam, że zemdleję.
nie chciałam siać paniki, więc sobie wyszłam jak gdyby nigdy nic, ale było źle.
i teraz jestem pewna, że to od kręgosłupa.
do siedzenia po 4-5 godzin zegarowych w szkole, dochodzą kolejne godziny przesiedziane w czytelni w pozycji "nad książkami" i 2,5 godziny dziennie dojazdów autobusem PKS.
z tego wszystkiego to akurat PKS jest najwygodniejszy ale to też nie zawsze i nie każdy autobus ;)
a teraz sobie pół leże pół siedzę na łóżku, biorę się za nadrabianie moich ukochanych seriali, za chwilę pójdę obejrzeć "Na Wspólnej" bo mama będzie chciała wiedzieć co się działo :)
a potem SPAĆ. pierwszy raz od dawna mam zamiar pójść spać wcześniej :)
a to dlatego, że dzisiaj nocuje sama w domu :)
tata nocuje u dziadków w dużym mieście, mama u koleżanki bo skończyła bardzo późno pracę i nie opłacało jej się wracać (u koleżanki bo dawno się nie widziały ;p nie dlatego, że nie lubi dziadków ;d chociaż... to drugie pewnie trochę też ;) ), siostra u innej siostry ciotecznej i siostrzenicy. bo się dawno nie widziały :) więc zostałam sama. na pastwę losu, pieca w którym trzeba rozpalić, psa, którego trzeba nakarmić i domu, który skrzypi, rzęzi i żyje swoim własnym życiem.
a to, że piosenki pojawiają się na koniec postu to tylko zwykły przypadek ;)
podczas pisania jakaś mi wpada do głowy i okazuje się, że pasuje do mojego posta.
dobra.
może i nie pasuje ;p
może tylko mi się tak wydaje.
nie mniej jednak :)
The Lumineers.
kolejny zespół, którego koncertem bym nie pogardziła :)
Ja odkryłam ich w październiku, cała reszta polski jakoś pod koniec stycznia :)
ZNOWU czuję dumę :)
"wszyscy" znają ich piosenkę "Ho Hey" więc chciałam pokazać, że ja znam też jakąś inną :D
(żartuje ;p)
Subskrybuj:
Posty (Atom)