wtorek, 26 marca 2013

Próbna matura.

Słabo mi poszło :(
Nie jestem z siebie zadowolona. 



Najgorzej poszedł mi... polski! i to PODSTAWA.
54% !!!!!!!!!! jestem na humanie a nie umiem pisać. z czytania ze zrozumieniem miałam 75%, ale źle napisałam wypracowanie. Albo inaczej. Napisałam dobrze, ale mało wyczerpująco! Miałam tylko 9 punktów za rozwinięcie! W ogóle na 50 pkt miałam 28... To jest ledwie ponad połowa :<

Matma...
Spodziewałam się, że będzie gorzej...
To nie był mój dzień. Tak po prostu.
Bolał mnie kręgosłup, miałam okres, to były pierwsze lekcje. Na dodatek poniedziałek i po weekendzie trudno mi się było w ogóle obudzić. 

68%-podstawa.

O dziwo najlepiej poszedł mi WOS.
28/36 pkt z testu (nie wiem na jakiej zasadzie na 36 pkt ;p nie wnikałam)
i 75% z wypracowania... Ale wypracowanie było lepiej napisane ;p Tylko mój nauczyciel czyta i zamiast stawiać "+" jak pojawia się odpowiednia informacja a potem jakoś to podliczać to... Czyta i ocenia na zasadzie 'podobało mi się/nie podobało mi się'.

czyli tak ok 76% z rozszerzenia. Jak dla mnie to całkiem elegancki wynik :)


Angielskiego jeszcze nie pisaliśmy, ale mieliśmy takie zadania maturalne. Myślałam, że to nie będzie na ocenę i zrobiłam wszystko na 'odwal' żeby móc wyjść wcześniej na autobus ;p
Okazuje się, że z samych struktur leksykalnych (czego nienawidzę!) miałam 70% z rozszerzenia... A to co pisaliśmy BYŁO na ocenę :)

Zważywszy na to, że (teoretycznie) matury próbne idą zawsze gorzej od tych w maju to...TRZYMAM za siebie kciuki. I to mocno :(
Chciałabym mieć po te 80% z moich przedmiotów...
Nie marzę o 90%, bo wiem, że nie dam rady... Ale MAMOOOooooooooooo 80%, proszę!

Jeszcze 42 dni.
Jestem lekko przerażona. 

W czwartek jadę na zakupy.
Czas się uzbroić w białe bluzki, czarne spodnie i marynarkę. 
Balerinki mam.
Ani spódnice ani obcasy nie wchodzą (dla mnie) w grę, bo wychodzę z założenia, że JA mam się czuć dobrze, to MI ma być wygodnie. W nosie mam to czy tak wypada czy nie. W miarę możliwości spodnie kupię sobie w kant, ale żadna siła nie zmusi mnie do spódnicy :)
Wiem już po egzaminie gimnazjalnym, że temperatury na salach gimnastycznych nie sprzyjają krótkim rękawkom i spódnicom. Szczególnie w tym roku, kiedy pod koniec(!) marca za oknem leży całkiem pokaźna warstwa śniegu :) 


PS a może na maturę iść tak? :D



niedziela, 24 marca 2013

Dlaczego żałuje, że mieszkam w Polsce.

Jest WIEEEEEEEEEELE powodów.
Ale aktualnie męczy mnie jeden ;)

Tadadadadamamama, fanfary poproszę!!
Co to może być?!
rampapapapapapam.

Szkoła. 
To będzie długi post. Nakręciłam się na niego, bo razem z moją klasą jestem odpowiedzialna za szkolną kronikę i szlak mnie trafia. Nikt nic nie wie, nikt mi nie chce pomóc. Nawet moja klasa ma mnie (brzydko mówiąc :(  )w dupie. Część z nich napisała to co miała przydzielone, reszcie wisi to ciepłym kalafiorem. Klapa totalna. Zamiast przyjemności w organizowaniu życia szkoły (czyt. robienie kroniki którą być może będzie czytało następne pokolenie!) mam jeden wielki dramat i kłótnię. W ogóle to za wywołanie zdjęć powinnam zapłacić z własnej kieszeni. "Ewentualnie iść tam, wziąć kartkę, wypełnić, pójść do pani dyrektor, ładnie poprosić o dofinansowanie w wysokości 20pln!, poczekać na odpowiedź". Polska szkoła. To jest temat rzeka. O różnym poziomie nauczania, nauczycielach, uczniach, warunkach w szkołach i tak dalej, mogłabym pisać godzinami. Ale dzisiaj tylko małe porównanie okołokronikalne.

I może narzekałabym mniej, gdyby nie fakt, że moja najlepsza koleżanka spędziła pierwszą klasę liceum na wymianie międzynarodowej w USA. I może narzekałabym mniej, gdyby mi nie opowiadała jak tam było SUPER. Nie dlatego, że poziom niższy i że czuła się jak geniusz przy głupich amerykanach.

Stereotypy!
"Bo Amerykanie nawet nie wiedzą gdzie jest Polska, a gdzie USA jest to wszyscy wiedzą!"
No naprawdę?bo każdy polak wie, gdzie leży Malezja? Albo Ghana? Albo Goa?
Wszyscy wiedzą, gdzie leży USA bo jest ogromnym, niedoścignionym marzeniem dla WIELU ludzi. Liczy się w świecie i (nie ukrywajmy) jest po prostu duże terytorialnie.
Polska? nie bardzo. Jak pokazuje poniżej Zamieszczony odcinek internetowego programu "Matura to bzdura" niektórzy Polacy nie wiedzą nawet co jest stolicą Wielkiej Brytanii. Kraju europejskiego!!! Niektórzy nie wiedzą gdzie jest Hiszpania. No błagam!. 






"Macie w Polsce Internet?"
I znowu wzburzenie Polaków. 
A czy ty masz jakiekolwiek pojęcia o posiadaniu Internetu przez mieszkanców Laosu, Suazi albo Borneo? 

"Mówicie w Polsce po rosyjsku?"
Bo dla WSZYSTKICH polaków jest jasne, że w Brazylii mówią po portugalsku a nie 'brazylijsku' a w Peru językiem urzędowym jest hiszpański a nie "peruwiański".


Generalizuje. 
Wiem.
Bo nie wszyscy Polacy są tak 'ograniczeni'. 
Ale też nie wszyscy Amerykanie nie mają pojęcia gdzie jest Polska (Ci którzy wiedzą albo się w Polsce urodzili albo ich rodzice są Polakami ;p).

Ale je w sumie nie o tym miałam pisać. 
Co najbardziej podobało mi się w opowieściach W. o Liceum w Stanach Zjednoczonych?
Jedność i otwartość ;)
Wiadomo, że ZAWSZE są jednostki odbiegające od 'standardów' ale ja piszę o sytuacjach standardowych ;) 

A najbardziej, najbardziej, najbardziej?!
Zajęcia "yearbook" na których grupa osób pracowała nad kroniką szkolną. Sami robili zdjęcia, sami pisali teksty, ludzi wręcz prześcigali się o to by mieć te zajęcia i móc uczestniczyć w życiu szkoły. A u nas? U mnie w szkole? Nikomu nie zależy, ich celem jest TYLKO I WYŁĄCZNIE dobrze zdać maturę. Zero zgrania się, inicjatywy. Chodzą do szkoły, żeby odbębnić swój obowiązek. Pamiętam moje gimnazjum. Nawet tam było lepiej :) Może nie mieliśmy kroniki (jakoś nikt na to nie wpadł a gimnazjum miało raptem 7 lat jak ja z niego odchodziłam) ale przynajmniej mieliśmy prężnie działający samorząd uczniowski. Co wtorek każda przerwa była jedną wielką, szkolną zabawą, konkursem z nagrodami, nawet nauczyciele potrafili się włączyć do tej zabawy, ŚMIAĆ SIĘ Z SIEBIE. Ale to też w sumie nie była tylko inicjatywa uczniów. Mieliśmy SUPER nauczyciela, który to wszystko trzymał w garści. Kierował nami, mówił co, kiedy, gdzie i jak. 

Moje liceum to substytut szkoły.
Baaaardzo tego żałuje... Kronika? Zróbcie sami. Dyskoteka? Jak ubłagacie dyrekcję, bo przecież jest NOWA klepka na sali gimnastycznej. Wycieczka klasowa? Nie w trakcie lekcji. Możecie razem jechać po lekcjach albo w weekend. To jedziemy? Wychowawca mówi, że on już jest po pracy i możemy jechać sami. 





sobota, 23 marca 2013

Podsumowanie ;)

***Nie lubię jak mi ktoś mówi czego mam słuchać czytając jakiś post, no ale! ja słucham tego pisząc, więc może ma to jakiś wpływ na to CO piszę? who knows :)  




 Podsumowanie:
Zysków i strat dzisiejszego dnia. 
Wiedziałam, po prostu wiedziałam!
Nie udało mi się zrealizować wszystkiego o czym pisałam w poprzednim poście... 


  • napisanie (chociaż) części pracy na ustny polski V
  • 2 matury z matematyki -
  • praca domowa z angielskiego x3 -
  • wypracowanie na polski -
  • nauczyć się słówek -
  • umyć okna -/+ (no jakoś tak wyszło, że zrobiła to moja siostra ;p więc praca zrobiona, ale nie moimi rękami :D)
Udało mi się za to zrobić kilka rzeczy ponad to co sobie założyłam ;)
  • posprzątałam pokój  
  • MAM ZAMIAR ZA CHWILĘ robić te zadania z matematyki ;)
  • skręciłam swoją szafę do przedpokoju (w moim pokoiku-klitce już by się nie zmieściła ;) ) -> taką 


Jak to zwykle ze mną bywa... Wszystko zostawiam 'na jutro', dlatego niedziela będzie pod znakiem nauki angielskiego ;/ trudno :) I właśnie się ogarnęłam, że niedziela to miała być pod znakiem WOSu bo w poniedziałek jeden z ostatnich sprawdzianów o.O ... oj tam... niedziela jest długa ;p dam rade :D

Teraz idę oglądać moje seriale (ale najpierw matematyka! :) ). Mimo wszystko jestem z siebie dumna, bo wykonałam lwią część tej prezentacji na polski i zostało mi właściwie tylko to, czego i tak nie mogłabym zrobić dzisiaj, bo nie miałam książek do literatury przedmiotu ;) Wypożyczę w poniedziałek i może do świąt wszystko będzie zrobione :)

Aaaaaaaaaaaaaa zapomniałabym!
W tak zwanym międzyczasie.
Zrobiłam zaklęcie ;)
Czary-mary, hokus pokus, tralalalalal i powiedziałam TEJ wiośnie:




Żeby stała się tą wiosną: 







Domownicy powiedzieli, że z moim darem czarowania to wiosna z pierwszego obrazka będzie siedziała u nas jeszcze okrągły rok. I kurcze... Pewnie mają racje ;(

Tak w ogóle to mam jej (tej 'wiosny') TROCHĘ dosyć. Słońce słońcem, ale o tej porze, rok temu to ja biegałam w koszulce z krótkim rękawem! I NIE było mi zimno.
-> Kolejny minus takiego obrotu spraw? Moja brand new kurtka zimowa po tak intensywnym eksploatowaniu nie wytrzyma nawet 3 sezonów (po jej cenie chciałabym, żeby wytrzymała CHOCIAŻ tyle ;p). 
-> Jeszcze jeden minus? Ekolodzy nie mogą się produkować o złym wpływie ludzi na środowisko, bo globalne ocieplenie NAGLE się cofnęło i nigdzie go nie widać. Egoizm egoizmem, ale JA CHCĘ żeby GLOBALNE OCIEPLENIE POWRÓCIŁO ;)
Bo jak tak dalej pójdzie (a nie zapowiada się na nagłe zmiany) to przewiduje:




A przy życiu trzyma mnie tylko to, że dzień jest coraz dłuższy i nie jest tak permanentnie ciemno ;) 
Ładne, ostre i wiosenne słońce też jest fajne ;) ale o nim już pisałam, więc zamilknę na ten temat :) 

No i jeszcze dodałam suwaki maturalne ;) może dzięki nim się trochę opamiętam i ogarnę :D








Bridget Jones.

Wstałam w południe. 
Ładnie, ładnie. 
Ale przynajmniej wstałam.
Po (prawie) całym tygodniu szkoły należało mi się kilka godzin więcej snu.
Ale ja nie o tym.
Wstałam bo mnie obudziły głosy z dołu, muzyka, lektor. 
Bridget Jones. (mama ogląda podśpiewują, gotują, krzątając się)


Kocham ten film ;)
I nastroiłam się pozytywnie do tego dnia. 
Muszę zrobić kilka rzeczy, ale DAM RADE, no bo kto jak nie ja? 
A może to nie Bridget nastawiła mnie pozytywnie tylko pogoda za oknem?
Uściślijmy, że nadal leży tam z 15cm bielusieńkiego śniegu (padał od dwóch dni), ALE świeci piękne, ostre, wiosenne słońce :)
I tylko żal, że w nocy było -17*C i jak tak dalej pójdzie to nie dam sobie wmówić, że w Polsce są cztery pory roku. Mamy dwie. Zimę przez 7 miesięcy a potem latowiosnojesień.

Teraz mam ok. 5 godzin produktywnej pracy (no bo po 18 to ja lekko przestaje myśleć ;p), muszę napisać trochę pracy maturalnej z polskiego (najlepiej całą ale raczej nie dam rady ;/), wypracowanie na polski w szkole, 2 matury z matematyki na dodatkowe zajęcia, pracę domową z angielskiegox3 i nauczyć się (znowu) jakichś 200 słówek z angielskiego. Po 18 muszę jeszcze 'tylko' posprzątać pokój, umyć okna u siebie i w pracowni taty (reszta jest podzielona między mamę a siostrę)  i JUŻ mogę zaczynać weekendowy opierdaling. ;)

Ale to niestety dopiero jakoś ok 20:00 :)

PS jutro zdam relację jak mi poszło ;p czuję, że nie do końca wypełnię moje postanowienie, ale chociać SPRÓBUJĘ! :)

czwartek, 21 marca 2013

Bo ja tak już mam ;)

że albo wszystko albo nic.
albo często albo w ogóle.
albo zawsze albo nigdy. 

system zero-jedynkowy?

moje życie nim jest :)

więc skoro albo zawsze albo nigdy to piszę dzisiaj już drugi post, a co!
zrobiłam sobie trochę wolnego od 'dnia z Internetem' i napisałam wypracowanie na WOS,
co by nie wyjść z wprawy pt:"uczę się all day, all night".

wypracowanie z polskiego napiszę jutro ;)
nie zamierzam iść do czytelni (jak codziennie od ferii zimowych -> 28.01-8.02) po lekcjach.
zamierzam wrócić do domu, położyć się w łóżku i na leżąco uczyć się dalej :)
a dlaczego? 
a no dlatego, że po ponad 7 tygodniach, podczas których cały czas siedzę na krześle, mój kręgosłup... padł.
prawie jak Janek Wiśniewski.
boli mnie, 'ciągnie', uciska. 
nie mogę normalnie siedzieć, jak dłużej stoję to też nie dobrze.
w Częstochowie, będą w Kościele i stojąc przez ponad 2h ciągiem, bez zmiany pozycji, musiałam wyjść na chwile na świeże powietrze bo zrobiło mi się niedobrze.
pierwszy raz w życiu myślałam, że zemdleję.
nie chciałam siać paniki, więc sobie wyszłam jak gdyby nigdy nic, ale było źle.
i teraz jestem pewna, że to od kręgosłupa. 
do siedzenia po 4-5 godzin zegarowych w szkole, dochodzą kolejne godziny przesiedziane w czytelni w pozycji "nad książkami" i 2,5 godziny dziennie dojazdów autobusem PKS. 
z tego wszystkiego to akurat PKS jest najwygodniejszy ale to też nie zawsze i nie każdy autobus ;)

a teraz sobie pół leże pół siedzę na łóżku, biorę się za nadrabianie moich ukochanych seriali, za chwilę pójdę obejrzeć "Na Wspólnej" bo mama będzie chciała wiedzieć co się działo :)
a potem SPAĆ. pierwszy raz od dawna mam zamiar pójść spać wcześniej :)

a to dlatego, że dzisiaj nocuje sama w domu :)
tata nocuje u dziadków w dużym mieście, mama u koleżanki bo skończyła bardzo późno pracę i nie opłacało jej się wracać (u koleżanki bo dawno się nie widziały ;p nie dlatego, że nie lubi dziadków ;d chociaż... to drugie pewnie trochę też ;) ), siostra u innej siostry ciotecznej i siostrzenicy. bo się dawno nie widziały :) więc zostałam sama. na pastwę losu, pieca w którym trzeba rozpalić, psa, którego trzeba nakarmić i domu, który skrzypi, rzęzi i żyje swoim własnym życiem. 

a to, że piosenki pojawiają się na koniec postu to tylko zwykły przypadek ;)
podczas pisania jakaś mi wpada do głowy i okazuje się, że pasuje do mojego posta.
dobra.
może i nie pasuje ;p
może tylko mi się tak wydaje. 
nie mniej jednak :) 

The Lumineers. 
kolejny zespół, którego koncertem bym nie pogardziła :)
Ja odkryłam ich w październiku, cała reszta polski jakoś pod koniec stycznia :)
ZNOWU czuję dumę :) 


"wszyscy" znają ich piosenkę "Ho Hey" więc chciałam pokazać, że ja znam też jakąś inną :D 
(żartuje ;p)

Wsiąkłam.

Nawet nie wiem czy jest takie słowo ;)

Wśród licealistów popularne jest sformułowanie "Wsiąkłeś w melanż?"-> jeśli kogoś długo nie ma w szkole, nie odzywa się, nie udziela np. na facebooku ;)

No właśnie ;)
Więc ja wsiąkłam w życie.
Wkręciłam się.
Przez ponad dwa tygodnie nie mogłam (nie chciałam?) znaleźć ani chwili na napisanie.
Działo się dużo!
A ja jak zwykle w takich sytuacjach nawalam z pisaniem ;)
Co tam, że mogłam pisać przez telefon. Tam gdzie miałam możliwość, ktoś mi 'siedział na ramieniu', tam gdzie nikt mi nie przeszkadzał, wolałam się wyspać (np. PKS ;p) 

A co takiego się działo?

13.03.2013 w dniu w którym wybrano Jorge Mario Bergoglio na papieża :) byłam na pielgrzymce maturzystów w Częstochowie ;)



Pielgrzymka dla nas wszystkich zakończyła się przepięknie ;)

W chwili gdy wjeżdżaliśmy do naszego miasta autokarem, w radio ogłoszono nowego papieża, Franciszka I. Dla mnie i dla moich dwóch koleżanek zakończyła się ... no cóż... mniej przyjemnie ;) Zostałyśmy oskarżone o coś czego nie zrobiłyśmy (a właściwie nie DO KOŃCA zrobiłyśmy i nauczyciele źle postrzegali całą sytuacje.) Wytłumaczyłyśmy wszystko tylko jednemu nauczycielowi, bo jest normalny. Reszta to jakieś niewyżyte drągi, które nie mają pojęcia jak postępować z ludźmi w klasach maturalnych. Ale, że ten normalny nauczyciel nie miesza się w nieswoje sprawy jeśli nie musi, to nie przekazał dalej jak się miała cała sytuacja i w ten sposób reszta obecnych na pielgrzymce nauczycieli 'zmieniła o nas zdanie'. A my nie mamy sobie nic do zarzucenia. A niech żyją w przeświadczeniu, że tylko oni są mądrzy, tylko oni są wychowani i tylko oni zasługują na szacunek. 


Po tym było kilka drobnych dni w czasie których oprócz maturalnej rutyny... 
Nie robiłam nic specjalnego ;)
A potem nastąpiła sobota. 

I kupiłam sobie bilety na koncert. 


Ben Howard :)
Jadę razem z siostrą ;)
Tak nam się udało wycyrklować z łączonymi biletami na transport, że cały 'wyjazd' do obcego kraju będzie nas kosztował maksymalnie 300pln ;P (W TYM cena biletu za koncert) 
czyż nie pięknie? :) 


Tylko później dowiedziałam się od koleżanek, że jestem dziwna skoro chcę jechać drugi raz na koncert tego samego wykonawcy.
No na prawdę? 
Czy jest na sali ktoś, komu powinnam wytłumaczyć jaki jest sens kochania muzyki, uwielbiania wykonawców i posiadania za życiowy cel bycia na jak największej ilości koncertów swoich ulubionych zespołów? Jest ktoś? Bo ja chętnie to wytłumaczę :)
Mam tylko nadzieje, że nie istnieje zbyt dużo takich osób, bo... JA wiem, że każdy ma inne priorytety, ale jak można mówić do kogoś per 'dziwny' skoro ten ktoś dąży do swoich (racjonalnych w pewien sposób!) marzeń? :) I jeszcze robi to za swoje, ciężko uzbierane pieniądze? Ja wiem. Zdaniem innych powinnam wydać te pieniądze na imprezy, ubrania (do których swoją drogą kompletnie nie przywiązuje uwagi, mają być po prostu czyste, schludne i w miarę możliwości nie z poprzedniej epoki ;p). 

Kontynuując wątek "Ja nie rozumiem innych ludzi".
Wyszła propozycja, żebym pojechała na wakacje 'imprezowe' (czyli chlasz, nie śpisz w nocy, odsypiasz w dzień, imprezujesz, masz kaca morderce przez tydzień po powrocie do domu, jesteś fajny w każdym znaczeniu tego słowa). Za ok 2000pln na tydzień. Podziękowałam. 

Po pierwsze. Za takie pieniądze to ja mogę pojechać na ok 5-6 koncertów do naszych zagranicznych sąsiadów (albo i nawet NIE sąsiadów ;p).

Po drugie. Nie mam tyle kasy, żeby wydać za tydzień wakacji na jedną osobę. Mam trochę przyzwoitości i wolałabym też nie ciągnąć od rodziców, skoro i tak moja klasa maturalna jest tak droga (obfituje w mnóstwo godzin zajęć dodatkowych, za które trzeba słono płacić). 

Po trzecie. Zaraz trzeba będzie się logować na studia, co równa się kolejnym wydatkom. Patrz punkt drugi.

Po czwarte. Okres w którym mielibyśmy (potencjalnie) wyjechać zgrywał się w czasie z ważnym wydarzeniem rodzinnym na którym powinnam bezwzględnie być, bo będę właściwie w jego centrum uwagi. I nie. Nie można byłoby przenieść tylko ze względu na moje wakacje tego wydarzenia. 

Po piąte. Chciałabym podjąć pracę w te wakacje. Żeby mieć jakąś większą ilość własnych pieniędzy :) Żeby móc pojechać na jakieś koncerty nie zastanawiając się JAK TO ZROBIĆ, żeby przez 2 dni nie jeść i nie spać ;) 

Chciałabym mieć jakiekolwiek oszczędności na wypadek, gdyby miała studiować w innym mieście. Rodzice zapewne będą mogli mi jakoś pomóc, ale na pewno nie w pełnym wymiarze kosztów. Nie ubolewam nad tym jakoś namiętnie, bo wiem, że inni mają gorzej i w ogóle mogą nie mieć możliwości studiowania a co dopiero w innym mieście. Ale jest mi TROCHĘ żal, bo wiem, że są też ludzie którzy nie muszą się przejmować kompletnie o koszty. A że raczej na 99% będę zmuszona studiować w mieście oddalonym od miejsca w którym mieszkam o przynajmniej 300km (najbliższe uniwersytety są ode mnie oddalone ok 80km), bo zmieniono rekrutację i ekchem... dupa jasio. 

A dzisiaj?
Dzisiaj Dzień Wagarowicza :) I siedzę w domu ;) W sumie to całkowicie przypadkiem, ale udało mi się dotrzymać 'tradycji'. 
Dlatego post publikuje w południe :) 
A teraz idę się uczyć :) (pisać wypracowanka na WOS i polski )
żeby potem móc sobie TROCHĘ poleniuchować przed ekranem komputera TUDZIEŻ telewizora :)


A poniżej Pan (tak. słucham tylko panów bo panie mnie męczą ;p), który również zawładną moim sercem i chętnie wybrałabym się na jego koncert ;) (nie wiem dlaczego wszyscy omijają polskę szerokim łukiem :<) 


poniedziałek, 4 marca 2013

Ideał (?). Muzyczny-na pewno! :)

Chris Martin, Ben Howard.
Ktoś kojarzy te nazwiska? :)
To odnośnie ich osób dzisiejszy tytuł posta ;p Może to trochę fungirlowe ale co zrobić? :)


Chris Martin. Lider mojego ukochanego zespołu. Coldplay. Byłam na ich dwóch koncertach (oba w Polsce) za każdym razem przy barierkach. Niezapomniane przeżycia, wspomnienia, emocje. A Chrisa uwielbiam nie tylko za wygląd i za to jak śpiewa... 

Ze zdjęć, które robią mu paparazzo wynika, że to po prostu SPOKO gość ;) Ciągle chodzi w swoich ulubionych podkoszulkach, zawsze (jak tylko ma taką możliwość). Na różnych forach co i rusz pojawiają się informacje i zdjęcia z przypadkowych spotkań fanów z Chrisem, ludzie mówią, że nigdy nie odmawia wspólnego zdjęcia, autografu, krótkiej pogawędki. Facet, który daje ponad setkę koncertów rocznie. Milioner. Znany, oblegany. Nigdy publicznie nie mówiący o swoim prywatnym życiu (co się ceni!). Do tego ma przepiękną żonę (to świadczy niby o jego superowatości o.O chyba mi się coś pomyliło ;p ) -> Gwyneth Paltrow. I dwójkę dzieci. Co tam, że dał im na imię "Jabłko" i "Mojżesz" ;p 

 Niektórzy kłócą się ze mną, że on WCALE nie jest przystojny... ja wtedy mówię, że WCALE nie muszę nikogo przekonywać, bo o gustach się nie dyskutuje tylko się je szanuje. Mogłabym tak o nim jeszcze tysiąc słów... Po prostu go uwielbiam. Jak tylko na niego patrzę - od razu poprawia mi się humor :) Jest (dla mnie) tak pozytywny, że nie mam słów na opisanie tego co czuję :) Platoniczna miłość? ZDECYDOWANIE. I nie wstydzę się tego :) Ale... niech obrazki i muzyka 'obronią' moje zdanie :)




Mówiłam też, że jak na anglika ma świetne poczucie humoru ? :p (nie znam się kompletnie na anglikach i posługuję się tylko stereotypem, uprzedzam :) ). 
W każdym wywiadzie śmieje się z siebie a na koncertach.... "TAŃCZY" w ten sposób :) :



z dzieciakami :) Apple i Mosesem





No i najważniejsze (że też mogłam zapomnieć ;p) TAK śpiewa:






 Ben Howard. Odkryłam go dzięki jego coverowi popularnej w zeszłe wakacje piosenki "Call me maybe". Dla porównania :) (jeśli ktoś nie miał styczności)

Oryginał:

 Wersja Bena:


I oszalałam :) Byłam na jego jednym koncercie. To historia na oddzielny post :) Koncert skończył się dla mnie fenomenalnie... Nie będę zdradzała szczegółów, jak mnie natchnie to opiszę co takiego się stało ;) 

Każda jego piosenka ma na mnie elektryzujący wpływ. Ben nie jest jeszcze na tyle popularny (i nie ma za żonę holywoodzkiej, oscarowej aktorki :D) żeby śledziły go tłumy paparazzo, dlatego o tym JAKI jest (chociaż trochę ;p) prywatnie dowiadujemy się (my-fani) głównie ze zdjęć jego znajomych/fanów, którymi wszyscy chętnie się dzielą :) Do tego... Z muzykami jest o tyle łatwiej (w porównaniu z aktorami np.) że można zaobserwować ich zachowanie na scenie :) Nie wszystkie swoje wady i 'ciemną stronę' charakteru da się ukryć, dlatego wierzę w autentyczność Bena. Szczerość, prostolinijność, humor, cięte riposty :) Znowu... Mogłabym o nim tak dłuuuuugo, ale pewnie tylko mnie i jeszcze kilka innych, zafiksowanych na Bena osób to ciekawi ;p Dlatego po raz kolejny... Niech zdjęcia i muzyka, obronią mój wybór :) 


sama zrobiłam to zdjęcie na koncercie :) tak. ZNOWU stałam w pierwszym rzędzie :)









Ben ma dużo mniej zdjęć niż Chris, więc dużo łatwiej było mi je wybrać :) 
Wszystkie zdjęcia Bena kocham... Bo jest ich MAŁO. U Chrisa... Z każdym które wstawiłam... Kojarzy mi się jakiś moment mojego życia. Może nie dosłownie, ale.. Każde z tych zdjęć kojarzy mi się również z konkretnymi piosenkami Coldplay a, że każda piosenka Coldplay kojarzy mi się z jakimś momentem mojego życia to... no właśnie :)... Tak już mam :) 

Zdjęć Chrisa mam na dysku około 600... Mało? Dużo? Sama nie wiem :) Wystarczająca ilość, żeby dostać oczopląsu i mieć DUŻĄ trudność z wyborem tylko kilku :)


 ***
A teraz z mniej przyjemnych rzeczy :) (można sobie odpuścić i przeskoczyć do ostatniego zdania ;p) 


Sama sobie mówię, że powinnam skupić się na nauce.
Załamuje się nad swoim brakiem systematyczności i brakiem chęci. 
Ale z drugiej strony...
Nie można zakuwać dwadzieścia godzin na dobę :)
Czasami trzeba odpocząć. Siedzę w czytelni miejskiej od 'zaraz po szkole' do godziny 18:00-19:00... Średnio 4-5 godzin dziennie. Pewnie! Nauki pośród tych 4-5 godzin jest pewnie ze 2 (max. 3) ale... przynajmniej intensywnej. Nie rozprasza mnie komputer, TV, jedzenie, mama, siostra, pies, goście, samochody za oknem. Często wracam do domu i jeszcze doczytuje, dopisuje, zakreślam, staram się cokolwiek zapamiętać. ALE kiedyś trzeba od tego odpocząć :) Nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim psychicznie.
Niektórzy za odpoczynek mają sen, czytanie książki albo oglądanie TV.
Ja się relaksuję przed ekranem komputera (moje oczy już trochę jakby mniej ;p).
Może to głupie i powinnam relaksować się na łonie natury, ale...
Mam ogromną wyobraźnię. Nawet nie muszę 'mówić' swojemu mózgowi na czym się ma skupić (nie wiem jak to wytłumaczyć).
On odpływa w rewiry o których ja sama nie mam pojęcia ;)
W sumie to mi bez różnicy czy będę rozwijała swoją wyobraźnię pod chmurką, przed telewizorem czy przed komputerem. Nie ukrywam jednak, że komputer (właściwie to Internet)wysyła mi tyle sygnałów, że nic innego mi go nie zastąpi. (Mogłabym w pewnych przypadkach i określonych sytuacjach polemizować i wychwalać w ten sposób książki/muzykę bo to moje dwie kolejne pasje ale może innym razem ;p). Niesamowite możliwości, zmienność, kolory, CIEKAWOSTKI, informacje. Żeby wiedza szkolna wchodziła mi do mózgu tak jak ta internetowa! :) 

Podejście 'dziecka XXI wieku"? Być może, nie bronię się ;)
Nie będę też udawała, że mogłabym żyć BEZ Internetu. Co to to nie. 
Jestem uzależniona? Zapewne. 
Dopóki nie przeszkadza mi to w codziennym funkcjonowaniu to nie będę sobie tym zaprzątała niepotrzebnie głowy. Przecież zdarzają się dni (czasami długie tygodnie), że nie mam nawet ochoty siąść przed komputerem. Co prawda dzieje się tak ze mną jakieś 4 razy do roku, ale zawsze dobre i to ;)

A co mnie dzisiaj (i od wielu, wielu, WIELU dni) odpręża najbardziej?
Widok i głos wyżej przedstawionych/wymienionych panów :) O TAK! zdecydowanie :)


niedziela, 3 marca 2013

A mówili ze iPhone nie obsługuje bloggera :>

Ku mojej zagładzie (a raczej ku zagładzie mojej matury) okazuje sie jednak, ze twórcy nowego oprogramowania na mój telefon stanęli na wysokości zadania i TERAZ blogger mi śmiga. 
Upsss...

Co to zmienia?
Zmienia tyle, że (juz to czuje) bede pisac częściej, na bieżąco i pod wpływem emocji.
To prawie jak zwykle;p

Tylko kto powiedział, ze pisanie z telefonu jest wygodne?! Albo chociaż szybsze? Albo mniej... Deberwujace?! Phi. Pewnie nikt tak nie powiedział tylko mi sie cos uroilo;p

No to... Do napisania :)

Matura.

chyba sobie wkleję gdzieś tutaj licznik "Zostało ci XX dni do matury!".
Może dzięki niemu trochę się ogarnę?!
Na razie jestem w ... ekchem.
Niby zdaję 'proste' przedmioty. 
Ale jak się uczy w systemie zero-jedynkowym (albo perfekcyjnie albo w ogóle) to nic nie jest proste.
Nawet stereotypowo traktowany WOS.
Co oprócz rozszerzonego WOSu? 
Rozszerzony polski i angielski.
No i matma podstawa. 

A co po takiej maturze? 
No strzelam na jakieś dziennikarstwo. 
Ale to raczej studia pro-forma. 
Żeby mieć papierek. Żeby NIKT się mnie nie czepiał.
Ja nadal nie wiem co chce w życiu robić. 
Gdzie mieszkać, jak żyć, czym się zajmować. 
Wiem tyle, że SAMO to się nic nie wyjaśnia... Niestety ;/
Mama mi ględzi o prawie. Ale ja nie chcę. Nie dlatego, że ona ględzi.
Boje się, że się nie dostanę. Boje się, że nie podołam. Boje się, że ewentualnie (jakbym jednak się dostała a potem podołała) to się nie dostanę na aplikację. 
Boje się natłoku nauki. 
Jestem ambitna, ale jestem leniem.
Wyspecjalizowanym w 'jak zrobić, żeby się nie narobić'. 

Wracając do kopa którego potrzebuję, żeby ogarnąć się do tej nieszczęsnej matury, przez którą niedługo dostanę depresji. 
Jestem w lesie ze wszystkim. 
Muszę przeczytać 3 książki do prezentacji na polski. W tym 2 są lekturami czyli, że nauczyciele znają je perfect. Muszę nauczyć się wszystkiego z WOSu... Na razie OGARNĘŁAM (co nie równa się niestety nauczeniu ;<) Organizacje międzynarodowe. Jeszcze społeczeństwo, państwo, polityka, stosunki polski z sąsiadami, Unia Europejska, Konstytucja, etc etc. Teoretycznie powinnam uczyć się 2,5 strony dziennie żeby zdążyć (jassne). Do tego polski i epoki, autorzy, lektury, motywy. Weź to wszystko człowieku zapamiętaj. Angielski-czasy, zastosowania, słówka, ustna. Nie wiem jak ja to ogarnę bo moja nauka w praktyce wygląda tak, że w weekend udaje że robię cokolwiek. A tak na prawdę siedzę i zamulam. W tygodniu chodzę niby do miejskiej czytelni i się uczę, ale... Chodzę tam z koleżankami. Często sobie przerywamy, gadamy, jemy, pijemy. Do tego dojazd do domu zajmuje mi ponad godzinę. Czyli wychodzę wcześniej niż one i jestem w domu mniej więcej tak jak one. 

A DODATKOWO jestem cały czas zmęczona. 
Permanentnie. 
Non-stop.
Mogłabym spać 24 godziny na dobę. 

To pogoda. 
To na pewno przez pogodę.
Zwalmy wszystko na pogodę to nam będzie lżej.

I jeszcze to moje niezdecydowanie. 
Jednocześnie chcę wiosny i jej nie chcę.
Bo im bliżej wiosny, tym bliżej matury.


Wiem, że teraz ględzę, boje się, dramatyzuje i w ogóle przesadzam.
Wiem też, że później będę się śmiała z mojego podejścia. 
Ale... 
To najważniejsze egzaminy w moim życiu.
Są coraz bliżej mnie a ja czuje, że grunt mi się osuwa pod nogami.
Trochę się chyba pogubiłam. 

piątek, 1 marca 2013

Tradycyjnie ;)

pierwszy post, czyli: kto, o czym, dlaczego, gdzie, jak długo, etc, etc :) 

*** Jestem straszną gadułą, nie dziwić się ;) Często-gęsto będzie panował tu chaos i tłum niepoukładanych myśli. A to, że najpierw opowiadam historię mojego blogowania a dopiero później mówię chociaż trochę o sobie, nie jest zamierzone... Po prostu tak mi wyszło ;) I tylko wmawiam sama sobie, że to nikogo nie zniechęci do przeczytania do końca ;p***

Nie lubię tak zaczynać, ale postanowiłam na zmiany, więc może należałoby zacząć od siebie? :)
Dlaczego postawiłam na zmiany? 
Jest kilka czynników. 

Po pierwsze... Lubię być anonimowa.

Poprzedni blog nie dość, że połączyłam nazwą i adresem mailowym z innymi kontami społecznościowymi to jeszcze okrasiłam mnóstwem informacji, po których łatwo mnie wytropić. A przynajmniej mi się tak wydaje ;p Zapewne tylko MI, ale co zrobić jak się ma manię? W końcu doszło do tego, że blog zablokowałam i tylko autorzy (czyli ja) mieli do niego dostęp. Niestety poczta na gmailu ma to do siebie, że nazwa użytkownika wyświetla się w prawym górnym rogu każdej usługi powiązanej z google, do tego jeszcze brak 'automatycznego wylogowania' i rodzina korzystająca z Twojego komputera mimo, że ma swój. Teoretycznie nie mam nic do ukrycia ale w praktyce... Wolałabym zachować pewne przemyślenia, odczucia, sytuacje i tajemnice (!) dla siebie. Po to mi blog. Żeby nie musieć 'prosić się' u rodziny i przyjaciół o uwagę i zrozumienie. 

To nie jest mój pierwszy blog (co chyba już jest jasne ;p), nie jest też drugim. 
Jeśli dobrze liczę, to jest czwartym. Hahahah. Zaczęłam w pierwszej klasie gimnazjum (albo drugiej?!), sama już nie wiem kiedy dokładnie... Może była to podstawówka? :D A może ten blog będzie moim piątym? Pamięć mnie opuszcza ;p I zawsze (a przynajmniej z tego co pamiętam) miałam dobry powód by nie tyle ZMIENIAĆ nazwę bloga co zakładać nowy. Pierwszy blog o którym sobie przypominam, zamknęłam bo jego nazwa zbyt mnie z nim wiązała. Niby nie dosłownie, ale.... <tutaj wrócić do pogrubionego zdania w poprzednim poście>. Kolejny, z nową nazwą i nowym pomysłem (a raczej ZAmysłem) na pisanie służył mi wspaniale przez prawie 19 miesięcy (to prawie dwa lata!!) najdłużej prowadzony blog w mojej historii. Zapewne nie przeniosłabym się, gdyby nie JEDEN ważny argument. Serwer na którym pisałam padał średnio kilka razy na dobę. Nie można było dodawać nowych postów, stare same się kasowały, wszystko było wywrócone do góry nogami. Chyba każdy może się już domyślić z jakiego blogowiska przeniosłam się na blogspot :) Razem ze mną przenosiło się mnóstwo innych blogów. Przeniosłam się więc po raz trzeci. Nadałam nową nazwę, założyłam nowy e-mail. Wszystko było pięknie, cudownie i kolorowo. Dopóki nie okazało się, że używanie tego samego maila do blogowania i udzielania się na ulubionym forum to głupota. Mail to pół biedy. Nazwa użytkownika była dokładnie taka sama na obu wyżej wymienionych portalach. Do tego należy dopowiedzieć, że na forum pokazałam swoją twarz... Powiedziałam jak się nazywam, spotkałam się z forumowiczami ;) I niby nic, ale wierzę w magię przypadków i wolałabym POZOSTAĆ anonimowa... No wolałabym i już. Taki spokój psychiczny ;) 
Dlatego jestem tutaj. 

Po raz czwarty zaczynam przygodę z blogowaniem.
Po raz drugi na blogspocie.
Po raz n-ty mówię sobię, że będę systematyczna, logiczna, ciekawa, bezbłędna (językowo i ortograficznie). 
Po raz n-ty wiem w głębi serca, że wyjdzie 'jak zwykle'.
Będę pisała o sobie, o swoich (jakże ogromnych ;p) problemach, o koleżankach, o szkole (pewnie najwięcej...) bo matura, o muzyce, o przemyśleniach.
Taki worek do którego mogę wrzucić wszystko co mi ciąży w realnym życiu na codzień.

Na żadnym z moich poprzednich blogów nie miałam dodanych ulubionych linków czy zakładki o sobie. Nigdy nie czułam takiej potrzeby. Zawsze pisałam o sobie i dla siebie. Ale jakoś ostatnio przeglądając komentarze jednej z ulubionych bloggerek, doznałam olśnienia. Internetowi ludzie nie są tylko po to, żeby Cię szczuć, nienawidzić i wyzywać. I właśnie z takim nastawieniem-na dobrych ludzi, postanowiłam, że 'pochwalę' się tym blogiem pod najnowszymi postami na wszystkich blogach które czytam*. 

No właśnie. Bo ja czytam inne blogi. Dużo. Z emocjami. Z wczuwaniem się. 
Tylko nie komentuje. Dlaczego? ... Bo mi się nie chce :D No really. Jestem totalnym leniem w tej materii... I to też (poniekąd) jest powód zmian. Chciałabym się zmienić i zacząć komentować posty innych. Może nie ZAWSZE, ale WTEDY gdy będę miała coś do dodania :) Zdarzało się też, że nie komentowałam bo 'jesteś za młoda' wbiło mi się w mózg i nie chciało odlecieć. Trochę już siebie znam i wiem, że jeśli się mocno zawezmę i to w dobrym temacie, to spełnię swoje własne oczekiwania :)

Na koniec. Bo to przecież takie logiczne :) Garść informacji o mnie... Dla tych, którzy postanowili wytrwać ;p
Mam 19 lat. Stąd to 'jesteś za młoda' bo nadal do mnie nie dociera, że TAK mam już 19 lat. Mój mózg trzyma mnie nadal gdzieś pomiędzy 15 a 16 rokiem życia ;p 
Mieszkam sobie od prawie trzech lat z rodzicami i siostrą na wsi. Przedtem mieszkaliśmy w Dużym Mieście ale z różnych powodów rodzinno-socjologicznych przenieśliśmy się na wcześniej potocznie (przez nas samych) nazywaną "działkę". 
Chodzę do liceum ogólnokształcącego. Jestem w klasie maturalnej. Profil? Humanistyczny (nad czym bardzo ubolewam i co pewnie będzie można odczuć później ;p)

Reszta wyjdzie w praniu. Później :) Jak się rozgadam, rozgoszczę i pozamiatam trochę szablon :) No i kończę, bo jak na pierwszy post to trochę poszarżowałam z ilością znaków :)

*tu kolejne 'zdziewko'. Nie mam pojęcia od czego to zależy ale nie jestem w stanie zdzierżyć innych blogów o tematyce podobnej do mojego. Nie mam pojęcia dlaczego tak jest i dlaczego mój wydaje mi się zawsze znośny (moja skromność mnie kiedyś zabije ;p). Lubię czytać blogi tematyczne. Jakie najbardziej? Podróżnicze i .... o dzieciach :D
No serio... Wśród 10 moich ulubionych blogów, dziewięć prowadzą? Matki ;)


PS prowadzić (poprzedniego) bloga na blogspocie przez 8 miesięcy i nadal nie wiedzieć JAK wpisać cokolwiek do ramki 'o sobie' ... 

PS 2 lubię mieć post dodany pierwszego dnia danego miesiąca, taka moja mała (kolejna) schiza ;p