chyba sobie wkleję gdzieś tutaj licznik "Zostało ci XX dni do matury!".
Może dzięki niemu trochę się ogarnę?!
Na razie jestem w ... ekchem.
Niby zdaję 'proste' przedmioty.
Ale jak się uczy w systemie zero-jedynkowym (albo perfekcyjnie albo w ogóle) to nic nie jest proste.
Nawet stereotypowo traktowany WOS.
Co oprócz rozszerzonego WOSu?
Rozszerzony polski i angielski.
No i matma podstawa.
A co po takiej maturze?
No strzelam na jakieś dziennikarstwo.
Ale to raczej studia pro-forma.
Żeby mieć papierek. Żeby NIKT się mnie nie czepiał.
Ja nadal nie wiem co chce w życiu robić.
Gdzie mieszkać, jak żyć, czym się zajmować.
Wiem tyle, że SAMO to się nic nie wyjaśnia... Niestety ;/
Mama mi ględzi o prawie. Ale ja nie chcę. Nie dlatego, że ona ględzi.
Boje się, że się nie dostanę. Boje się, że nie podołam. Boje się, że ewentualnie (jakbym jednak się dostała a potem podołała) to się nie dostanę na aplikację.
Boje się natłoku nauki.
Jestem ambitna, ale jestem leniem.
Wyspecjalizowanym w 'jak zrobić, żeby się nie narobić'.
Wracając do kopa którego potrzebuję, żeby ogarnąć się do tej nieszczęsnej matury, przez którą niedługo dostanę depresji.
Jestem w lesie ze wszystkim.
Muszę przeczytać 3 książki do prezentacji na polski. W tym 2 są lekturami czyli, że nauczyciele znają je perfect. Muszę nauczyć się wszystkiego z WOSu... Na razie OGARNĘŁAM (co nie równa się niestety nauczeniu ;<) Organizacje międzynarodowe. Jeszcze społeczeństwo, państwo, polityka, stosunki polski z sąsiadami, Unia Europejska, Konstytucja, etc etc. Teoretycznie powinnam uczyć się 2,5 strony dziennie żeby zdążyć (jassne). Do tego polski i epoki, autorzy, lektury, motywy. Weź to wszystko człowieku zapamiętaj. Angielski-czasy, zastosowania, słówka, ustna. Nie wiem jak ja to ogarnę bo moja nauka w praktyce wygląda tak, że w weekend udaje że robię cokolwiek. A tak na prawdę siedzę i zamulam. W tygodniu chodzę niby do miejskiej czytelni i się uczę, ale... Chodzę tam z koleżankami. Często sobie przerywamy, gadamy, jemy, pijemy. Do tego dojazd do domu zajmuje mi ponad godzinę. Czyli wychodzę wcześniej niż one i jestem w domu mniej więcej tak jak one.
A DODATKOWO jestem cały czas zmęczona.
Permanentnie.
Non-stop.
Mogłabym spać 24 godziny na dobę.
To pogoda.
To na pewno przez pogodę.
Zwalmy wszystko na pogodę to nam będzie lżej.
I jeszcze to moje niezdecydowanie.
Jednocześnie chcę wiosny i jej nie chcę.
Bo im bliżej wiosny, tym bliżej matury.
Wiem, że teraz ględzę, boje się, dramatyzuje i w ogóle przesadzam.
Wiem też, że później będę się śmiała z mojego podejścia.
Ale...
To najważniejsze egzaminy w moim życiu.
Są coraz bliżej mnie a ja czuje, że grunt mi się osuwa pod nogami.
Trochę się chyba pogubiłam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz